Przemysław Piotrowski, autor kojarzony dotąd przede wszystkim z bezkompromisową, brutalną dynamiką, w swojej najnowszej powieści decyduje się na drastyczną zmianę tonacji… „Markiz” przypomina bowiem powolne zanurzanie się w dusznej, mętnej toni. Autor odchodzi od czystej widowiskowości na rzecz gęstej atmosfery, która oblepia odbiorcę niczym morska mgła – niepokojąca, chłodna i zapowiadająca sztorm, przed którym nie ma ucieczki. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca.

Przypływ ciszy – nowy rozdział w życiu Brudnego
W „Markizie” Piotrowski świadomie wygasza narracyjne silniki, pozwalając opowieści dryfować w stronę znacznie bardziej klaustrofobicznych rejonów. Jeśli poprzednie części cyklu opierały się na niemal sensacyjnym tempie, ta jest refleksyjnym, bolesnym osiadaniem na dnie. Autor porzuca seryjne zwroty akcji na rzecz precyzyjnego budowania napięcia za pomocą drobnych, pozornie nieistotnych detali.
Izolacja na krańcu świata
Tym razem Igor Brudny trafia na Hel, ale nie jest to miejsce znane z wakacyjnych pocztówek. Zamknięta przestrzeń półwyspu, otoczona zewsząd przez wzburzone morze, staje się w świecie Piotrowskiego idealną pułapką. Nadmorski klimat, przesycony wilgocią i narastającym poczuciem izolacji, buduje wyjątkowo gęstą aurę zagrożenia.
To właśnie tutaj dochodzi do makabrycznego odkrycia, które uruchamia skomplikowany mechanizm śledczy. Pojawienie się ciała to dopiero początek – autor błyskawicznie udowadnia, że sprawa ma znacznie głębsze, bardziej niepokojące podłoże, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Historia rozwija się dynamicznie, a każdy kolejny ślad spycha bohaterów i czytelnika w rejony coraz mniej oczywiste, gdzie granica między bezpieczeństwem a totalnym osaczeniem ulega całkowitemu zatarciu.
Rozmyte horyzonty – granice moralności
Pod powierzchnią kryminalnej intrygi Piotrowski ukrył gorzkie rozważania o granicach ludzkiej wytrzymałości. „Markiz” to opowieść o tym, jak łatwo dać się porwać mrocznym prądom i jak beznadziejna bywa próba powrotu na stabilny brzeg. Autor analizuje proces przesuwania wewnętrznych barier – zarówno u tych, którzy zadają ból, jak i u tych, którzy teoretycznie stoją na straży porządku.
W tym świecie role ofiary i oprawcy nie są zdefiniowane raz na zawsze; przypominają raczej naczynia połączone w ramach jednego, bezwzględnego mechanizmu. Piotrowski pokazuje, że zło nie jest pojedynczym aktem, lecz powolnym procesem nasiąkania mrokiem. Z czasem obejmuje on wszystkich uczestników dramatu, skutecznie zacierając różnice między wymierzaniem sprawiedliwości a czystym odwetem. Raz przekroczona granica sumienia często znika na zawsze w bezmiarze przeszłości…



