Zło jako stan skupienia – Przemysław Piotrowski i diaboliczny „Markiz”

UDOSTĘPNIJ

Literatura gatunkowa, by przetrwać, musi nas drażnić, wytrącać z równowagi i budzić emocje, które zostają pod skórą jeszcze długo po odłożeniu książki na półkę. Przemysław Piotrowski w „Markizie” nie tylko dopisuje kolejny rozdział do swojej biblioteki cieni w historii Igora Brudnego, ale można zaryzykować, że idzie o krok dalej – narzuca całemu polskiemu kryminałowi temperaturę, która mrozi krew skuteczniej niż bałtycki szkwał. Najnowsza powieść Piotrowskiego przypomina literackie zanurzenie w świecie, w którym przemoc nie jest tanim, jarmarcznym efektem, lecz stałym elementem krajobrazu – równie naturalnym i nieuniknionym jak rdzewiejące kutry czy zapach gnijących wodorostów na brzegu. „Markiz” ukazał się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca.

Reporterski hart i literacka bezwzględność

Artystyczny rodowód Piotrowskiego to nie są bynajmniej bezpieczne, literackie salony, lecz twarda, redakcyjna szkoła przetrwania. Zanim zaczął fundować czytelnikom stany lękowe, szlifował pióro jako dziennikarz sportowy i śledczy w „Gazecie Lubuskiej”. To tam, ilustrując różne stany rzeczywistości, nauczył się dostrzegać to, co inni wolą przemilczeć lub przypudrować. Studia w Zielonej Górze, Hiszpanii czy USA przyniosły mu zdecydowanie szerszą perspektywę, ale to praca z „żywą tkanką” – społeczne obserwacje, nauczyła go chyba najpełniej tej specyficznej surowości, którą przesiąknięta jest każda strona jego kryminalnej prozy. Od debiutanckiego, historycznego „Kodu Himmlera”, przez mroczną „Drogę do piekła”, aż po przełomowe „Piętno”, Piotrowski konsekwentnie budował markę pisarza, który wchodzi w literacki mrok bez żadnej asekuracji. Podobnie jest za sprawą „Markiza”.

Brudny i Zawadzka, czyli harmonia dysonansów

Przemysław Piotrowski doskonale czuje puls współczesnego thrillera. To twórca, który wie, że intryga żyje wyłącznie wtedy, gdy karmi się czystą, ludzką emocją. Jak sam podkreśla: „Thriller to literatura gatunkowa, która musi budzić silne emocje, bo jeśli nie budzi, to staje się nudna”. Aby ten specyficzny, literacki ogień nie wygasł, autor stosuje precyzyjny mechanizm kontrastu, budując relacje oparte na tarciu i niedopowiedzeniu. Dlatego też właśnie Igor Brudny – człowiek będący ucieleśnieniem cynizmu i surowości – potrzebuje kontrapunktu, by jego potencjał mógł wybrzmieć w pełni. W pierwszych częściach bestsellerowego cyklu Piotrowskiego taką rolę pełnił elokwentny Romuald Czarnecki, później jego miejsce zajęła Julka Zawadzka. Ten układ stanowi jednak nie tylko sprytny zabieg fabularny, lecz sposób na wyciągnięcie Brudnego z cienia i nadanie mu ludzkiego wymiaru w świecie, który o człowieczeństwie zdaje się regularnie zapominać.

Hel jako terminal beznadziei

W „Markizie” autor zabiera nas na Hel, ale wymazuje z mapy każdą wakacyjną pocztówkę. Półwysep w jego obiektywie to przestrzeń zimna, przenikliwie wilgotna i trwale wytrącona z równowagi. Deszcz, wiatr i duszny aromat portowej codzienności tworzą tło, które od pierwszych stron oddziałuje niemal fizycznie. Gdy na brzegu pojawia się ciało młodej kobiety, wchodzimy na ścieżkę, która tylko pozornie przypomina klasyczne śledztwo. To raczej desperacki wyścig z czymś, co już dawno zerwało się ze smyczy i nie zamierza wracać do klatki.

Co więcej, równolegle Piotrowski otwiera przed nami drzwi do innej, znacznie bardziej przerażającej rzeczywistości – zamkniętej klatki, w której ludzie są redukowani do rzędu zwierząt, odzierani z godności i poddawani metodycznej, niemal rytualnej przemocy. To tutaj kryje się prawdziwy ciężar gatunkowy tej powieści. Groza nie wynika z nagłego ataku, lecz z przerażającego spokoju, z jakim zło staje się codzienną, biurokratyczną rutyną.

Malownicze okrucieństwo

Piotrowski operuje językiem surowym, momentami brutalnie dosłownym, ale zawsze celowym. Nie chodzi tu o epatowanie krwią dla samej satysfakcji, lecz o efekt całkowitego osaczenia czytelnika. Tracimy dystans, bezpieczny fotel przestaje istnieć, a my stajemy się niemymi świadkami wydarzeń. Zostajemy wciągnięci w sytuację, w której klasyczne pytanie „kto zabił?” traci swoją moc na rzecz innego, znacznie bardziej niepokojącego: „jak głęboko można zejść pod powierzchnię ludzkiej natury” i czy na dnie czeka nas jeszcze cokolwiek poza absolutną ciemnością?

„Markiza” to proza niezwykle sugestywna, nastrojowa, potrafiąca wytracić czytelników z poczucia emocjonalnej równowagi. A jednak jest to historia, która wciąga i elektryzuje – bez reszty. Przemysław Piotrowski udowadnia, że w polskim kryminale pełni rolę kogoś w rodzaju śledczego ludzkich cieni – autora, który nie boi się zabrać czytelnika tam, gdzie morze wyrzuca na brzeg tylko to, o czym wolelibyśmy na zawsze zapomnieć…

spot_img
0FaniLubię
0ObserwującyObserwuj
0ObserwującyObserwuj
- Advertisement -spot_img