Zemsta to jedno z najbardziej pierwotnych paliw napędzających ludzkie działanie. Często mylimy ją ze sprawiedliwością, choć w rzeczywistości to jej mroczny, zniekształcony rewers. Kiedy do tego równania dodamy testament – dokument, który z założenia ma porządkować świat po czyjejś śmierci – zamiast spokoju otrzymujemy zapalnik. Pieniądze i krew od zawsze idą w parze, ale John Patton Ford w „Przepisie na morderstwo” pokazuje, że najbardziej toksyczne emocje rodzą się w cieniu zbrodni, która przez lata gniła pod maską rodzinnej uprzejmości. „Przepis na morderstwo” już w kinach!

Wytworna elegancja, czyli krwawe spiski w kostiumie
John Patton Ford, reżyser bardzo udanej „Na złej drodze”, wykonuje tu arcyciekawy zwrot stylistyczny. Twórca porzuca bowiem brudny, uliczny realizm na rzecz sterylnych wnętrz i dopracowanej formy. To jednak tylko fasada. Ford nie przestał interesować się upadkiem wartości, po prostu zmienił narzędzia – zamiast łomu używa chirurgicznego skalpela. Pod szyldem studia A24 dostajemy pokręconą czarną komedię, która bawi się konwencją thrillera, sugerując, że najskuteczniejszą drogą do przejęcia majątku nie jest cierpliwość, lecz wyrachowany odwet. „Przepis na morderstwo” to absolutnie nieoczywiste i bardzo angażujące kino.

Redukcja drzewa genealogicznego
Punktem wyjścia jest tu klasyczny motyw odrzucenia: Beckett Redfellow (Glen Powell), odcięty od rodzinnego skarbca przez swoich bajecznie bogatych krewnych, przestaje grać według ogólnie przyjętych zasad. Zamiast pokornego godzenia się z losem, wybiera ścieżkę radykalnej redukcji drzewa genealogicznego. Na drodze do fortuny stoi siedem osób, a Beckett eliminuje je z precyzją godną księgowego, wciągając się w coraz bardziej duszny układ manipulacji i wzajemnych szachów. To nie jest jednak ciężki dramat o seryjnym mordercy, lecz morderczo zabawna rozgrywka, w której każda kolejna intryga odsłania nowy poziom zepsucia familii Redfellow. Ford prowadzi tę narrację bez skrupułów, zamieniając walkę o spadek w spiralę nieprzewidywalnych zwrotów akcji, gdzie największym zagrożeniem nie jest prawo, a własna, coraz bardziej nienasycona ambicja.

Urok dwuznaczności – moralne odcienie zbrodni
Nie da się ukryć, ż wielką siłą tej produkcji jest Glen Powell. Aktor w imponujący sposób wykorzystuje swoją naturalną charyzmę, by uwiarygodnić postać balansującą na granicy moralności. Jego bohater robi rzeczy obiektywnie złe, a jednak dzięki komediowemu wyczuciu Powella i jego ekranowemu urokowi, trudno mu nie kibicować. To postać zbudowana z niedopowiedzeń – niby cyniczna, a jednak magnetyczna. Glen Powell potrafi wykorzystać swój niesamowity potencjał, nawet wówczas, gdy wciela się w bohatera, który nie jest do końca świętoszkiem…

Emocje zapisane w kłamstwie
Co ważne, równie istotna jest dynamika między aktorami. Troje pełnych energii bohaterów drugoplanowych oraz uroczy, subtelny wątek romantyczny…. Twórcy filmu opierają się na chemii, która paradoksalnie wynika z wzajemnej nieufności i chłodu. To aktorski pojedynek na zimno, gdzie każda wymiana zdań przypomina partię szachów, a stawką są ogromne pieniądze i przetrwanie. W rolach głównych Glen Powell („Top Gun: Maverick”, „Tylko nie ty”), nominowana do Złotego Globu Margaret Qualley („Substancja”, „Biedne istoty”), wielokrotnie nominowany do Oscara Ed Harris („Truman Show”, „Córka”, serial „Westworld”) oraz nominowana do nagrody BAFTA Jessica Henwick („Glass Onion: Film z serii Na noże”).

Klasyka w nowoczesnym wydaniu
Tak naprawdę reżyserowi udało się połączyć niemal staroświecki styl z brutalną diagnozą współczesnych realiów. „Przepis na morderstwo” momentami przypomina uwspółcześnioną wersję klasycznych produkcji studia Ealing – pełną ekscentrycznych postaci drugoplanowych i humoru tak czarnego, że aż wywołującego dyskomfort. Sceny zabójstw czy knucia intryg są podane z taką lekkością, że widz staje się cichym wspólnikiem w tym całym amoralnym spektaklu. „Przepis na morderstwo” stanowi przykład kina inteligentnego, przewrotnego, dowcipnego, a równocześnie budzącego egzystencjalne lęki. Zaskakujące? A jednak możliwe. Ford udowadnia, że testament bywa częściej wyrokiem niż darem, a najlepiej smakuje on wtedy, gdy doprawi się go solidną porcją niesprawiedliwości.



