Czy naprawdę istnieje coś takiego jak szczęśliwe zakończenie? Anthony Horowitz otwiera „Morderstwa w Marble Hall” pytaniem, które w ustach pisarza kryminałów brzmi niemal jak wyznanie wiary. Bo dla brytyjskiego mistrza ostatni rozdział to nie tylko domknięcie intrygi – to moment, w którym intelektualny ład triumfuje nad chaosem zbrodni. Horowitz nie tyle pisze kryminały, co konstruuje błyskotliwe, wielopiętrowe listy miłosne do samej struktury opowieści. Gra o najwyższą stawkę, bo sugeruje nam, że literatura nie jest ucieczką od rzeczywistości, lecz jej najbardziej bezwzględnym lustrem… Książka ukazała się nakładem Dom Wydawniczy Rebis.

Czerwony długopis w cieniu gilotyny
Susan Ryeland to postać rozpięta między profesjonalnym etosem a niemal sadomasochistyczną ciekawością. Jako redaktorka Atticusa Pünda dwukrotnie otarła się o śmierć, co w każdym racjonalnym świecie skończyłoby się porzuceniem zawodu na rzecz hodowli alpak. Jednak magnetyzm tajemnicy bywa silniejszy niż instynkt przetrwania. Tym razem Susan wchodzi do gry z Eliotem Crace’em, wnukiem ikony literatury dziecięcej, który zamiast literackich laurów szuka zemsty. Wierzy on, że jego babka została otruta, a klucz do tożsamości mordercy został zaszyty – niczym cyjanek w kapsułce – w tkance powstającej właśnie powieści.
Obyczajowe szarady z trupem w tle
Praca nad rękopisem, którego akcja przenosi nas pod słońce południowej Francji, szybko przestaje być meta-literacką zabawą. Susan, śledząc losy Atticusa Pünda, z przerażeniem odkrywa, że granica między fikcją a realnym zagrożeniem właśnie przestała istnieć. Ktoś w rodzinie Crace’ów panicznie boi się postawienia ostatniej kropki i jest gotów uciszyć redaktorkę na zawsze. To literacka incepcja najwyższej próby: czytamy o Susan, która czyta o Pündzie, podczas gdy morderca czyta każdy ich ruch.
„Morderstwa w Marble Hall” to popis wirtuozerii, w którym Horowitz przypomina nam brutalną prawdę – najskuteczniejszym narzędziem zbrodni nie jest nóż ani trucizna, lecz informacja ukryta między wersami. To hołd dla potęgi słowa i jednocześnie ostrzeżenie przed jego niszczycielską siłą. Wykwintna, doskonale zrealizowana gra z konwencją, która udowadnia, że w dobrym kryminale najciekawsze jest nie to, kto zabił, ale to, jak autor nas w tej kwestii okłamał.



