Wydawać by się mogło, że „Szpital Bellevue” Robina Cooka to zaledwie kolejna odsłona opowieści o dzielnym lekarzu w białym kitlu, który zdemaskuje zło czające się za szpitalnymi drzwiami. Ale to byłoby znaczące uproszczenie, w dodatku nieprawdziwe… Powieść Cooka, a w zasadzie jej psychologiczne serce, bije w rytmie dużo bardziej złożonym. Nie tylko w kontekście stricte medycznym, choć bez tego aspektu nie ma mowy o twórczości Cooke’a, lecz dygresji w głąb ludzkiego umysłu…

Opowieść o strachu i jego medycznym kontekście
Prawdziwym, sugestywnie zarysowanym tematem nie jest walka z korporacyjnym złem, ale z paranoją. Michael „Mitt” Fuller rozpoczyna rezydenturę na oddziale chirurgii słynnego, niemal trzystuletniego szpitala Bellevue. Kiedy pacjenci Fullera zaczynają umierać w tajemniczych okolicznościach, a obowiązki rezydenta okazują się zadaniem ponad jego siły, sprawy zaczynają wymykać mu się spod kontroli.
Ofiar przybywa, a jakaś tajemnicza siła przyciąga Matta ku opuszczonemu gmachowi dawnego szpitala psychiatrycznego, który nie został wyburzony i wciąż stoi w sąsiedztwie nowoczesnego szpitalnego wieżowca. Ku swojemu przerażeniu Mitt odkrywa, że jest silniej powiązany z przeszłością, niż wydawało się to możliwe…
Lęk, chaos i antropologia zła
Szpital Bellevue, z jego wiekowymi murami i mroczną historią, nie jest jedynie scenografią. Tak naprawdę jest on, by użyć metafory, archetypowym Labyrinthos, gdzie każdy korytarz może prowadzić do szaleństwa. Cook, świadomie lub nie, odwołuje się tu do analizy Junga, w której szpital psychiatryczny staje się symbolem podświadomości – miejscem, w którym lęk i chaos w końcu triumfują nad racjonalnym porządkiem…
Czytelnik, śledząc poczynania Fullera, staje się świadkiem swoistej psychoanalizy. Pytanie, które zadaje sobie od pierwszych stron: „Czy on zwariował, czy też jest jedynym, który widzi prawdę?” jest fundamentalnym pytaniem o granice między szaleństwem a genialnością. To kwestionowanie własnego zdrowia psychicznego jest esencją powieści.
Szepty przeszłości, czyli echo prawdy
To, co czyni „Szpital Bellevue” ponadczasowym, to nie tyle zawiła intryga, co elementy psychologicznej gry, które powracają w wyjątkowo zaskakujący sposób. Cook zgrabnie łączy teraźniejszość z historią, a Michael „Mitt” Fuller staje się niczym poszukiwacz zaginionych wspomnień, które w końcu dają wyjaśnienie, ale nie dają ukojenia. Słowem – elektryzująca rozrywka.
„Szpital Bellevue” nie jest zatem tylko kryminałem, ani rasowym przedstawicielem gatunku thrillera psychologicznego. To moralitet o ludzkiej słabości w obliczu zła, o bezsilności jednostki wobec systemu i o cienkiej granicy, jaka oddziela racjonalność od szaleństwa.



