Wywiad z Magdą Stachulą, autorką powieści „Słuch” – historia o zmysłach, lęku i mrocznych zakamarkach psychiki

UDOSTĘPNIJ

Co się stanie, gdy narzędzie, któremu ufamy najbardziej – nasza własna percepcja – okaże się największym oszustem? W specjalnej rozmowie Magda Stachula, autorka serii thrillerów psychologicznych odsłania kulisy pracy nad powieścią „Słuch”. Ceniona twórczyni opowiada o tym, jak przekładać abstrakcyjną synestezję na język literatury napięcia, dlaczego surowe i odcięte od świata góry potrafią przerażać bardziej niż zamknięte pokoje oraz jak to jest – budzić się w świecie, w którym najgorszym przeciwnikiem staje się własny umysł.

„Wzrok” to pierwsza część serii „Zwodnicze zmysły” z komisarz Julią Koselą, w której precyzja kryminału splata się z duszną atmosferą thrillera psychologicznego. Druga część serii „Zwodnicze zmysły” z komisarz Julią Koselą dostępna od 15 lipca! W tej części dźwięki zwodzą bohaterów fałszywymi tonami…

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa W.A.B.

Marcin Waincetel: Czy nie masz wrażenia, że odbieranie komuś zmysłów albo zamienianie ich w pułapkę to w gruncie rzeczy… czyste okrucieństwo? Bo skoro we Wzroku oślepiłaś bohaterów, to w Słuchu wsadzasz ich w świat, w którym nie da się przed hałasem i własnymi myślami uciec – dlaczego tak uparcie znęcasz się nad percepcją swoich postaci?

Magda Stachula: Zmysły to nasz pomost z rzeczywistością. Kiedy odbieram postaci wzrok albo przeciążam jej słuch, zabieram jej poczucie bezpieczeństwa u samych podstaw. To nie okrucieństwo dla samego okrucieństwa, ale najskuteczniejszy sprawdzian ludzkiej psychiki. W Słuchu zależało mi na stworzeniu wyizolowanego, wewnętrznego więzienia. Hałas, natłok bodźców czy odbieranie dźwięków kolorem, potrafią rozbić człowieka od środka znacznie szybciej niż jakikolwiek fizyczny przeciwnik. Interesuje mnie moment, w którym bohatera zaczyna oszukiwać własny umysł i w Słuchu widać to doskonale.

Kiedy po raz pierwszy wpadł Ci do głowy punkt wyjścia dla Słuchu, w którym dźwięk – zwłaszcza u kogoś obdarzonego słuchem absolutnym i chromestezją – przestaje być tłem, a zaczyna narzucać rytm całej zbrodni?

Kiedy wiedziałam, że drugi tom serii poświęcę zmysłowi słuchu, zaczęłam kreować postać Soni, niezwykle utalentowanej pianistki ze słuchem absolutnym. We Wzroku główny bohater jest niewidomy, w Słuchu chciałam przesunąć wskaźnik skali talentu w drugą stronę. Sonia nie tylko ma słuch absolutny, ale jest także synestetyczką, a konkretnie ma chromestezję czyli dźwięk wywołuje natychmiastowe, żywe wyobrażenie koloru. Około 1% populacji to synestetycy, czyli osoby, które mają sprzężenie kilku zmysłów. Dźwięki mają swoje kolory, litery mogą kojarzyć się z konkretnymi smakami, itd. Co najważniejsze to nie choroba ani zaburzenie psychiczne, lecz unikalny sposób działania mózgu. Wiedziałam, że bohaterka zmagająca się nie tylko ze słuchem absolutnym, co wbrew pozorom wcale nie niesie ze sobą samych korzyści, ale dodatkowo z chromestezją, będzie punktem wyjścia do pokazania zwodniczości zmysłu słuchu i stanie się idealnym zapalnikiem dla zbrodni.

Seria Zwodnicze zmysły opiera się na założeniu, że to, na czym polegamy najbardziej, może nas najszybciej zwieść. Jak podchodziłaś do przekładania tak subtelnego i trudnego do uchwycenia słowem zjawiska, jakim jest synestezja dźwiękowo-barwna, na język literatury ostrego napięcia?

Nie jestem synestetyczką, nie odbieram świata poprzez przenikające się zmysły, więc było to dla mnie ogromne wyzwanie. Czytałam wiele wywiadów z takimi osobami, miałam doradcę, osobę ze słuchem absolutnym, która pomogła mi skomponować postać Soni w taki sposób, aby była najbardziej intrygująca i wiarygodna. Jednak bez wątpienia to było jedno z największych wyzwań pisarskich przy tej książce. Synestezja to doznanie niezwykle płynne, abstrakcyjne i intymne, a thriller wymaga precyzji i tempa. Konkretny ton czy częstotliwość dźwięku wywoływały u Soni barwy, które nie były jedynie ozdobnikiem, ale zwiastunem niebezpieczeństwa, sygnałem fałszu lub wyzwalaczem traumy. Skupiłam się na tym, aby znaleźć język, który z jednej strony odda poetyckość i sensoryczne bogactwo tego zjawiska, a z drugiej nie spowolni akcji.

Screenshot

Komisarz Julia Kosela weszła do tej serii jako postać nosząca w sobie konkretny bagaż emocjonalny, daleka od pomnikowych, nieomylnych śledczych. Czym się kierowałaś, prowadząc jej wewnętrzną ewolucję między pierwszym a drugim tomem cyklu i pozwalając jej mierzyć się z nowymi demonami?

Zależało mi, aby Julia od początku była postacią z krwi i kości, nie tylko twardą i skuteczną panią komisarz, ale także delikatną i wrażliwą kobietą. W pierwszym tomie pojawiła się z ogromnym bagażem doświadczeń życiowych, udało jej się uwolnić z przemocowego związku, idzie do przodu, próbuje na nowo poukładać życie. W Słuchu zależało mi na pokazaniu konsekwencji tego, przez co przeszła, aby jej wewnętrzna ewolucja nie polegała na nagłym uzdrowieniu, lecz na nauce funkcjonowania z pęknięciami. Daję jej przestrzeń na błędy i wątpliwości, bo to właśnie te rysy czynią z niej wiarygodną śledczą, z którą czytelnik może się w pełni utożsamić.

Przestrzeń w tej historii – chociażby malownicze, ale surowe i odcięte od świata rejony wokół Bramy w Gorce czy pogranicze polsko-słowackie – zyskuje bardzo duszny, wręcz klaustrofobiczny charakter. Jak buduje się poczucie osaczenia w miejscach, które z założenia kojarzą nam się z wolnością i przestrzenią?

Przez 10 lat pisania thrillerów domestic noir zamykałam moich bohaterów, a zarazem czytelników, w dusznych i klaustrofobicznych czterech ścianach, w serii sensorycznej wyprowadzam ich w przestrzeń wielkomiejską, a w Słuchu dodatkowo w surowe, ale piękne góry. Otwarta natura, góry czy gęsty las z jednej strony kojarzą się z wolnością, ale z drugiej potrafią stać się najdoskonalszą pułapką. Poczucie klaustrofobii w plenerze buduje się nie poprzez zamknięte drzwi, ale poprzez odcięcie, ciszę i brak możliwości szybkiej ucieczki. Góry mają w sobie naturalną, surową tajemniczość. Wystarczy przesunąć akcenty: pokazać mgłę, która ogranicza widoczność, uświadomić brak zasięgu w telefonie, który zabiera możliwość kontaktu ze światem, wtedy ta ogromna przestrzeń zaczyna ciążyć i przytłaczać równie mocno jak zamknięty pokój.

Wspominałaś przy okazji otwarcia cyklu, że budowanie intrygi zaczynasz zawsze od ludzi, a nie od samej zbrodni. W Słuchu wpisujesz w tę układankę perspektywę samego sprawcy – jak wyglądał u Ciebie proces oswajania tego mrocznego, obcego głosu w trakcie pisania?

Wejście w głowę antagonistycznego bohatera to zawsze wymagający moment w procesie tworzenia. Żeby sprawca był przekonujący, nie może być wyłącznie motywowany czystym złem, w swoim własnym mniemaniu on niemal zawsze ma rację, kieruje się własną, misternie skonstruowaną logiką. Proces oswajania tego głosu polega na odnalezieniu motywacji, która, choć z punktu widzenia prawa i moralności jest przerażająca, dla niego samego jest absolutnie uzasadniona. Pisząc te fragmenty, musiałam na chwilę odrzucić własny filtr oceniania i spojrzeć na świat poprzez jego zmysły. W Słuchu narracja prowadzona jest z kilku punktów widzenia, celowo chciałam pokazać perspektywę śledczego, ofiary i sprawcy, aby historia była kompletna i trójwymiarowa.

Podejrzewam, że praca nad thrillerem psychologicznym, w którym tak głęboko wchodzisz w mechanizmy manipulacji, lęku i rozpadu relacji, wymaga od autora długiego przebywania w stanie chronicznego napięcia. Co w tym psychologicznym procesie bywa dla Ciebie największym wyzwaniem?

Największym wyzwaniem jest zachowanie zdrowej granicy i umiejętność wyjścia z tego świata po zamknięciu laptopa. Kiedy piszesz o lęku, obsesjach i rozpadzie więzi, musisz te emocje przepuścić przez siebie, by brzmiały wiarygodnie na papierze. Mózg autoranie zawsze potrafi od razu odciąć się od napięcia, które sam przez kilka godzin kreował. Najtrudniejsze bywa więc zresetowanie głowy i powrót do codzienności bez przenoszenia tego dusznego klimatu na własne życie. Z biegiem lat i kolejnych napisanych książek wypracowuje się pewne mechanizmy obronne, ale dbanie o higienę psychiczną przy tak intensywnej tematyce, wciąż pozostaje stałym elementem tej pracy.

Patrząc na Twoją drogę pisarską – od pionierskich kroków w polskim domestic noir aż po eksperymenty z percepcją i zmysłami – jak na przestrzeni lat zmieniło się Twoje własne postrzeganie literackiego strachu?

Na początku mojej drogi pisarskiej strach kojarzył mi się przede wszystkim z dynamiką relacji: nieufnością wobec najbliższych, sekretami w związkach, czyli klasyczne motywy nurtu domestic noir. To wobec ludzi, z którymi bohaterowie dzieli swoją codzienność, kierowałam nieufność. Drugą dekadę mojej twórczości zaczynam od kierowania jej wobec nas samych. A to wydaje mi się jeszcze bardziej przerażające, bo czy może być coś gorszego od tego, gdy przestajemy ufać samym sobie? Przesunięcie akcentu na percepcję i zmysły było dla mnie naturalnym krokiem ewolucyjnym. Dziś literacki strach to dla mnie nie tyle pytanie: kto kłamie, ale czy moje własne zmysły nie wprowadzają mnie w błąd.

Kiedy piszesz o toksycznych relacjach, gaslightingu i skrywanych sekretach, czy zdarza Ci się czasem złapać na tym, że przenosisz tę podejrzliwość z fikcji do własnego, codziennego życia i zaczynasz inaczej patrzeć na ludzi wokół siebie?

Może nie najbliższych ludzi wokół mnie, bo trudno byłoby mi normalnie funkcjonować i popadałabym w paranoję. Wnikliwe studiowanie tych procesów na potrzeby książek pozwala mi bardzo dobrze rozumieć ludzką naturę, pisanie wymaga empatii i chłodnej obserwacji, ale prywatnie wolę opierać relacje na zaufaniu i zdrowym rozsądku. Często w moich książkach pojawia się motyw wojeryzmu i to często towarzyszy mi w codziennym życiu. Lubię obserwować ludzi, a jeszcze bardziej ich relacje, wtedy w mojej głowie pojawiają się pytania, czy oni są ze sobą szczerzy, jakie skrywają tajemnice, często takie „podglądanie” naprowadza mnie na kolejną fabułę książki.

Gdybyś mogła na moment odłożyć na bok warsztat autorki, która zna w tej historii każdą nutę i przecinek, i spojrzeć na Słuch oczami kogoś, kto otwiera tę książkę po raz pierwszy, na jakich niuansach najchętniej zawiesiłabyś własną uwagę? (Innymi słowy – pytanie o motywy przewodnie historii).

Jako czytelniczka skupiłabym się przede wszystkim na zwodniczości zmysłów, starałabym się uchwycić ten moment, w którym nasz własny umysł zostaje zwiedziony przez własne zmysły. Starałam się sprawić, aby ta seria była bardzo immersyjna. Dzisiejszy odbiorca lubi chodzić na wystawy czy koncerty immersyjne, pomyślałam, a czego by nie zaprosić zmysłów do literatury? I w serii zwodnicze zmysły, to właśnie one wiodą prym, co ciekawe są nie tylko motywem przewodnim fabuły, ale także kluczem do rozwiązania śledztwa. We Wzroku to zmysł wzroku naprowadził komisarz Julii Koseli na właściwy trop, a w Słuchu dźwięk nie tylko staje się narzędziem w rękach sprawcy, ale prowadzi komisarz Koselę do rozwiązania śledztwa.

Screenshot

Sakramentalne pytanie na koniec – jakie mroczne tajemnice, zakamarki ludzkiej psychiki i który kolejny zwodniczy zmysł zamierzasz wziąć na warsztat w swoich najbliższych literackich planach?

Oczywiście nie zdradzę jaki zmysł będzie kolejny, ale fabuła już powstała w mojej głowie i czuję ogromny zapał do wejścia w tę historię. Mam także pomysł na klasyczny thriller domestic noir, to chyba przy okazji obchodzonego właśnie dziesięciolecia mojej twórczości, często wracam do czasu jak pisałam „Idealną”, pierwsze polskie domestic noir i w moje głowie zrobiła się gotowa fabuła na nową historię w tym nurcie. Jedno mogę obiecać, dołożę ze swojej strony wszelkich starań, aby kolejna moja książka była tak dobra jak „Słuch”, a może nawet lepsza. Codziennie powtarzam sobie, że moja najlepsza książka jeszcze przede mną i to działa na mnie niesamowicie motywująco i twórczo.

spot_img
0FaniLubię
0ObserwującyObserwuj
0ObserwującyObserwuj
- Advertisement -spot_img