Słoneczna Hiszpania, błękit morza, luksusowy jacht i wakacyjna beztroska – czy można wyobrazić sobie lepszą scenerię do wypoczynku? Co jednak stanie się, gdy ten idylliczny obraz nagle pęknie, ustępując miejsca klaustrofobicznej pułapce bez drogi ucieczki? W swojej najnowszej powieści „Białe Tango” Marta Zaborowska zabiera czytelników w rejs pełen napięcia, sekretów i psychologicznego mroku. O tym, jak rodzi się zło, dlaczego psychologia postaci fascynuje ją bardziej niż sam mechanizm zbrodni oraz jak powstają jej zaskakujące thrillery, pisarka opowiada w naszej rozmowie.
„Białe Tango” to książka, która ukazała się pod patronatem naszego portalu za sprawą starań wydawnictwa Czarna Owca.

Marcin Waincetel: W „Białym Tangu” zabierasz czytelników na luksusowy jacht w rejs wzdłuż słonecznych wybrzeży Hiszpanii… rajski wypoczynek szybko zamienia się w koszmar. Skąd wziął się pomysł, aby tak sielankową rzeczywistość przeobrazić w emocjonalne piekło?
Marta Zaborowska: W tym właśnie tkwi cały zamysł mojej „koszmarnej” gry z czytelnikiem – we wprowadzeniu kontrastu i zderzeniu dwóch skrajności. Bo przecież z jednej strony mamy słońce, błękitne morze, luksusowy jacht i wakacyjną beztroskę. Z drugiej – nadciągającą tragedię pasażerów Białego Tanga, które staje się pułapką bez możliwości ucieczki.
Pomysł na napisanie tej powieści powstał w mojej głowie dawno temu, kiedy siedząc w marinie hiszpańskiego Alicante, obserwowałam wpływające do portu jachty i ich pasażerów. W pierwszej chwili uległam złudzeniu tego luksusu – pomyślałam sobie: „Tacy to mają życie jak w bajce…”. Ale zaraz potem pojawił się kolejny podszept: „A jeśli ta bajka wcale nie jest taka kolorowa?”. I tak oto powstał scenariusz na thriller.
Thrillera, dodajmy, niesamowicie angażującego. W powieści wykorzystujesz klasyczny motyw „zamkniętego kręgu” i diabelską grę w „Kto zabił?”. Czy pisząc tę książkę, czerpałaś inspirację z literackiej klasyki Agathy Christie, czy raczej chciałaś zmierzyć się z tym schematem na własnych zasadach?
Inspiracja samym gatunkiem – tak. Motyw „zamkniętego kręgu” jest absolutnie genialny i ponadczasowy. Myślę, że wszyscy miłośnicy thrillerów i kryminałów są za niego wdzięczni Agacie Christie. Takie historie zmuszają do analizowania, podejrzewania i czekania na „trzęsienie ziemi”. Cała reszta historii powstała już na moich własnych zasadach. Od dawna nosiłam się z zamiarem skonstruowania zagadki opartej o zamkniętą przestrzeń, i to z pełną świadomością tego, jak wymagająca jest to sztuka. Ale od czego są pisarskie ambicje? Tak więc zebrałam szóstkę bohaterów z bagażem ich tajemnic i umieściłam na „Białym Tangu” pozwalając, by to trzęsienie ziemi bardzo szybko nastąpiło…
Sześć osób, trzy pary i mnóstwo skrywanych sekretów. Jak wygląda u Ciebie proces budowania relacji między bohaterami? Czy najpierw rodzi się w Twojej głowie zbrodnia, czy relacje i urazy między postaciami, które do niej prowadzą?
Pierwszy jest pomysł na zbrodnię. Zaraz za nim idzie kreowanie bohaterów – ich charakterów i ciągnące się za nimi historie. To właśnie one wyznaczają drogę do finału. W „Białym Tangu” celowo stworzyłam grupę ludzi, którzy na pierwszy rzut oka nie powinni znaleźć się razem. Każdy pochodzi z innego świata, kieruje się innymi wartościami i ma własne motywacje. Stąd pojawiają się między nimi tarcia, które finalnie prowadzą ku tragedii
Kontrast między pięknym, słonecznym otoczeniem a mrokiem ludzkiej natury jest w tej książce bardzo wyraźny. Czy łatwo pisze się o ludzkich obsesjach i manipulacji, siedząc w bezpiecznym, domowym zaciszu, czy może te mroczne historie mocno wnikają w Twoją codzienność?
Tylko raz zdarzyło mi się przeżywać pisaną przeze mnie historię tak, że nie mogłam oderwać od niej myśli. To była powieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami („Bez powrotu”), a jej ciężar był rzeczywiście przytłaczający. Fikcja jest o wiele łatwiejsza do wzięcia na warsztat zarówno pod kątem zbrodni, jak i tworzenia zwichrowanych postaci. Daje pełną swobodę w tworzeniu intryg, sytuacji, obsesji… a do tego nie czuje się balastu ludzkich dramatów. Ale czy dlatego miałabym się wzbraniać przed pisaniem „true crime”? Na pewno nie. Mimo swej wagi, myślę, że warto ponieść tę cenę i powtórnie przeżyć trudne chwile wraz z ich prawdziwymi bohaterami.

Zarówno w „Białym Tangu”, jak i we wcześniejszych książkach udowadniasz, że największym zagrożeniem nie są siły natury czy przypadkowi sprawcy, ale ludzie z naszego najbliższego otoczenia. Dlaczego to właśnie psychologia zła fascynuje Cię najbardziej w literaturze kryminalnej?
Bo zło jest bardzo sprawcze, jeśli chodzi o wpływ na czyjś los. Nie przychodzi z zewnątrz – rodzi się w człowieku. A kiedy już znajdzie ujście, jednym ruchem niszczy czyjeś życie. Jest jak żywioł – tratuje wszystko, co napotka na swojej drodze.
Fascynujące jest również to, że źródło tego zła często jest nieoczywiste. I właśnie dotarcie do tych korzeni jest dla mnie kwintesencją kryminału. Nie sam moment zabójstwa ani złapanie sprawcy za rękę, ale przejście z tym człowiekiem przez cały proces – od bycia kimś zwykłym, przeciętnym, aż do momentu, w którym zamienia się w oprawcę.
Zło pulsuje, tworzy określoną aurę… Powiedz, proszę, w jaki sposób dozujesz napięcie i splatasz codzienne, prozaiczne zachowania bohaterów z momentem, w którym sytuacja bezpowrotnie wymyka się spod kontroli?
Dla mnie taki moment nigdy nie pojawia się znikąd. To zawsze efekt wielu drobnych zdarzeń, które stopniowo się nawarstwiają, aż w końcu uruchamiają zapalnik. Właśnie ten proces jest najciekawszy.
Warto też zadać sobie pytanie: gdzie właściwie przebiega granica ludzkiej wytrzymałości? Co musi się wydarzyć, żeby przeciętny człowiek posunął się do ostateczności? Czy nie jest tak, że wystarczy poruszyć jakąś czułą strunę: gniew, zazdrość, lęk, chciwość, poczucie zagrożenia, chęć odwetu, a w pewnym momencie każdy z nas byłby w stanie nacisnąć na spust?

W sugestywnie napisanym thrillerze psychologicznym kluczowe jest nieustanne mylenie tropów i zwodzenie czytelnika. Czy podczas pisania planujesz finałowy twist, czy pozwalasz swoim bohaterom prowadzić fabułę w zaskakujących kierunkach?
Nie planuję całej fabuły od A do Z, bo w moim przypadku to zwyczajnie nie wypali. Próbowałam i wiem, że nie tędy droga. Moje planowanie to krótkie etapy. Wiem, dokąd chcę doprowadzić historię, ale zostawiam sobie przestrzeń na niespodzianki, i tu właśnie powstaje większość twistów – podczas eksplozji nowej koncepcji, która właśnie się narodziła. Oczywiście taka spontaniczność nie oznacza chaosu. Każdy nowy pomysł przechodzi próbę logiki – wszystkie elementy układanki muszą do siebie pasować tak, by czytelnik po dotarciu do finału pomyślał: „To było ukryte na moich oczach od samego początku”. Właśnie taki efekt staram się osiągnąć.
I to bez dwóch zdań Ci się udaje. Zastanawiam się natomiast nad inną kwestią. Gdy patrzysz na współczesną literaturę gatunkową, co według Ciebie stanowi największe wyzwanie dla autorów piszących thrillery – wymyślenie wciąż świeżego sposobu na zbrodnię, czy może wiarygodne pogłębienie psychologii postaci?
Myślę, że dziś znacznie większym wyzwaniem jest stworzenie wiarygodnych bohaterów niż wymyślenie samej zbrodni. Sposobów na zabójstwo literatura i kino pokazały już tysiące. To, co naprawdę może jeszcze zaskoczyć czytelnika, to człowiek – jego motywacje i wybory.
Dla mnie sama zbrodnia nigdy nie jest najważniejsza. Jest raczej punktem kulminacyjnym procesu, który zaczął się znacznie wcześniej. O wiele bardziej interesuje mnie to, co dzieje się w głowie sprawcy i jakie wydarzenia doprowadziły go do przekroczenia granicy, po której nie ma już odwrotu. Dlatego w moich książkach ważniejsze od pytania „Jak zabił?” jest pytanie „Dlaczego zabił?”.

Pytanie łączy się także z formą. Czy impuls do napisania nowej historii daje Ci konkretny obraz, wyczytana w prasie anegdota, czy może po prostu uważna obserwacja ludzkich zachowań w codziennym życiu?
To zwykle są obrazy, migawki z życia – wszystko bierze się z obserwacji i pracującej na wysokich obrotach wyobraźni. A potrzeba niewiele; wystarczy czyjeś nietypowe zachowanie lub reakcja odbiegająca od normy. Albo mroczne miejsce, które mogłoby być świadkiem jakiejś drastycznej sceny. Bo pisarz to przecież, przede wszystkim, obserwator. A jego głowa to magazyn, do którego trafia całe składowisko „obiektów”. To trochę jak strych albo piwnica – nigdy nie wiadomo, co i od jak dawna w niej leży, ale w końcu przychodzi dzień, w którym z tej sterty obserwacji sięga się po jedną, która idealnie wpasowuje się do nowej historii.
„Białe Tango” to kolejna, niesamowicie fascynująca pozycja w Twoim literackim dorobku, ale czy w Twojej szufladzie albo w planach na przyszłość tlą się pomysły na całkowitą zmianę kursu – na przykład wejście w obszar klasycznego kryminału policyjnego, thrillera historycznego lub zupełnie innego gatunku literackiego?
Takie pomysły się pojawiają, bo powstają z potrzeby sprawdzenia się w czymś nowym. Nie mówię więc „nigdy”, bo nie wiadomo, dokąd mnie moja pisarska droga zaprowadzi. Na razie jednak zostanę tu, gdzie mi dobrze – przy tych gatunkach, z których znają mnie moi czytelnicy, i w których mam jeszcze dużo do zaoferowania. Za to coraz częściej wraca do mnie myśl o nowej serii. Bardzo mnie to kusi.



