Tragiczna śmierć uczennicy, zadziwiająca łatwość ferowania wyroków i dwojako rozumiane zło – od strony twardego prawa oraz instynktownego poczucia sprawiedliwości. W specjalnym wywiadzie Adam Podlewski, uznany pisarz, ceniony historyk i nauczyciel, zdradza impuls do napisania powieści „Rachunek win”, opowiada o niezrozumieniu między pokoleniami oraz tłumaczy, dlaczego współcześnie autorzy i autorki kryminałów tak rzadko potrafią stworzyć wiarygodną postać w koloratce. Zapraszamy do lektury rozmowy o ludzkiej naturze, która w XXI wieku dostała do ręki po prostu szybsze narzędzia.
Książka „Rachunek win” ukazała się nakładem wydawnictwa Pascal.

W swojej książce pokazałeś, że fakty medialne mogą zupełnie zmienić sposób narracji. Czy pisząc swoją historię, wierzysz jeszcze, że obiektywna prawda jest w ogóle do odzyskania, czy raczej pogodziłeś się z myślą, że żyjemy pod dyktaturą pierwszego wrażenia? To też pytanie o impuls do stworzenia „Rachunku win”.
Akurat oba człony tej alternatywy są prawdziwe: tak, obiektywna prawda jest możliwa do odkrycia, a jednocześnie żyjemy pod dyktaturą pierwszego wrażenia. Większość tego, co w ludzkości dobre i piękne, to próba oddzielenia tego co jest emocją i faktem, w dodatku jest to próba, którą każdy z nas w życiu wiele razy przechodzi zwycięsko, ale też wiele razy zawodzi. Naszą ambicją powinno być więcej tych pierwszych wyników…
Poza tym nie będę kłamał: wśród wielu impulsów do napisania „Rachunku win” była chęć opowiedzenia czegoś zarówno o doświadczeniu nauczyciela w pandemii (w roku 2020 uczyłem w dwóch szkołach), jak i wspomnień z własnego liceum.
Wybór księdza na pierwszego podejrzanego był dla społeczności idealnie wygodny. Na ile postać Dońca miała być sprawdzianem z hipokryzji dla Twoich bohaterów, a na ile swoistym testem, który postanowiłeś podstępnie urządzić samemu czytelnikowi?
Nie sądzę, że szkicując w głowie wstępny plan na powieść „Rachunek win” myślałem aż tak kompleksowo o kreacji bohaterów. Chyba ważniejsze było podwójne zdziwienie. Jako osoba względnie blisko Kościoła katolickiego (tak osobiście, jak i jako historyk zainteresowany historią religijności i jej wpływu na społeczeństwo) dziwiłem się, dlaczego tak niewielu duchownych reprezentowanych jest na kartach literatury współczesnej, a jeśli są, to jakoś nieporadnie, pokracznie. Zwłaszcza dziwiły mnie dość zaskakujące błędy rzeczowe, a przede wszystkim zupełne niezrozumienie powołania i sposobu życia kapłańskiego, popełniane przez pisarzy, głównie twórców kryminałów. Nie wszystko da się wytłumaczyć jakimś ideologicznym uprzedzeniem czy niechęcią wobec Kościoła jako takiego, gdyż można stworzyć postać duchownego w sposób nieprzyjazny, a przy okazji autentyczny.
Jest to o tyle dziwne, że zawsze uważałem ojca Browna, bohatera stworzonego przez G. K. Chestertona, za jeden z najważniejszych archetypów w literaturze kryminalnej w ogóle… Podsumowując, zarówno jako były ministrant i jako czytelnik klasycznego kryminału, dziwię się dlaczego na kartach naszej literatury jest tak niewiele habitów i koloratek.
Zadziwiająca jest łatwość, z jaką ludzie w „Rachunku win” ferują wyroki. Czy to efekt naszych spolaryzowanych czasów, czy po prostu niezmienna, mroczna cecha ludzkiej natury, która w XXI wieku dostała po prostu szybsze narzędzia w postaci social mediów?
Zakładamy, że nasze ludzkie mózgi i generalny sposób ich funkcjonowania nie zmieniły się tak bardzo w czasach historycznych, ale już otoczenie, w jakim one pracują, zmienia się praktycznie z dnia na dzień. Dlatego też w tym zmiennym świecie ludzka natura musi dostosowywać się do tego, co nowe.
Nie jest to zresztą cecha charakterystyczna dla naszych czasów. Całkiem niedawno pisałem książkę biograficzną o Henryku Sienkiewiczu, a w niej starałem się przelać na papier moje obserwacje historyka: poza samym geniuszem pisarza w jego niezwykłej karierze pomogły mu zmieniający się świat XIX wieku, rodzące się nowe media, rozwój nauk historycznych czy nawet wzmagające się mody w kulturze popularnej. I pewnie taki Sienkiewicz, gdyby przenieść go do czasów dzisiejszych, myślałby bardzo podobnie, ale już tworzyłby zupełnie inne rzeczy. Pewnie nawet dorzuciłby swoje trzy grosze, jeśli chodzi o krytykę współczesnych mediów, ale nie w formie moralizatorskiego rozdzielania szat, lecz zapewne złośliwej satyry.
W klasycznych kryminałach śledczy zdają się dążyć do prawdy, a co za tym idzie – formy odkupienia. Jednak u Ciebie wszyscy błądzą, bo patrzą przez pryzmat własnych urazów. Czy zbrodnię w sali katechetycznej da się w ogóle „czysto” rozwiązać, kiedy każdy z bohaterów nosi w sobie swój własny, mocno skomplikowany rachunek win?
Jednym z ważnych motywów mojej powieści jest spojrzenie na zło z podwójnej perspektywy: od strony prawa oraz naszego instynktowego poczucia sprawiedliwości. Przez długi czas czytelnik właściwie nie wie, czy doszło do przestępstwa w świetle polskiego kodeksu karnego. Jednocześnie, już od pierwszych stron zdaje sobie sprawę, że stało się coś po prostu niewłaściwego. A to, że w oczach każdego z bohaterów owo zło wygląda nieco inaczej, to naturalna konsekwencja mojej próby wczucia się w te postacie, którym złośliwie podarowałem niezwykle zróżnicowane i trudne doświadczenia życiowe.
A co do chłodnych umysłów śledczych… Jak wielokrotnie publicznie wspominałem, kocham klasyczne kryminały, ale nie wyobrażam sobie napisania powieści, której bohater byłby detektywem skutecznym jak Sherlock Holmes, a przy okazji osobą zmagającą się z zawodem miłosnym, uzależnieniem od narkotyków oraz będącą funkcjonalnym socjopatą. Ludzie, może poza enklawą rzeczywistości na londyńskiej Baker Street, tak nie działają
Szkoła i Kościół – dwie struktury stworzone do ochrony – stają się u Ciebie tłem dla cichego koszmaru, prawdziwie dramatycznej historii obyczajowej. Co według Ciebie bardziej przeraża: jednostkowy czyn sprawcy czy bezduszność systemu, który za wszelką cenę próbuje chronić własny wizerunek?
Szkoła to system, Kościół, zwłaszcza w jego formalnej organizacji, takoż. Przy odpowiednio wielkiej skali każdy z nich jest podatny na nieprawidłowości albo sposoby działania wydajne z punktu widzenia zbiorowości, ale bezlitosne dla jednostki. Tak jest w przypadku Kościoła, który dla wierzących katolików jest społecznością zbawionych, bytem idealnym jako mistyczne Ciało Chrystusa, ale także szkoły, która stanowi pierwszy krok w poznawaniu ogółu ludzkiej wiedzy.
Wskazywanie na zupełnie przyziemne aspekty działania obydwu instytucji nie musi być związane z ich krytyką jako taką, a wręcz przeciwnie, może być jakimś wyrazem troski zarówno o pasterzy ducha, jak i pasterzy umysłów. Natomiast nie odpowiem na część pytania dotyczącą chronienia własnego wizerunku, gdyż mógłbym czytelnikom popsuć sporo rozrywki z czytania „Rachunku win”.
Pokazujesz media, które nie tyle relacjonują tragedię, ile same – w jakimś sensie, znaczącym obszarze – ją podpalają. Zastanawiam się, gdzie dla Ciebie leży linia, po której przekroczeniu ciekawość czytelnika czy widza staje się po prostu współudziałem w nagonce?
Jak niemal każda ludzka cecha, ciekawość, czy jak mówili greccy filozofowie, zdumienie światem to siła pchająca nas ku czemuś dobremu, poznaniu. Ale, jak również wskazywali greccy filozofowie, zwłaszcza Arystoteles, nadmiar w czymkolwiek staje się szkodliwy. Nie ma jakiejś jednej, wyraźnej granicy rozróżniającej ciekawość od upajania się sensacją. Na pytanie o szkodliwość naszej dociekliwości możemy odpowiedzieć sobie albo sami, w naszym jednostkowym sumieniu, albo (żeby użyć tutaj formuły ewangelicznej) po jej skutkach i czynach, gdyż „po owocach ich poznacie”.
Przedstawiciele dorosłego świat w Twojej powieści próbują zrozumieć nastolatków, ale robią to… niezwykle nieporadnie. Czy ta historia nie jest w gruncie rzeczy opowieścią o całkowitej bezradności dorosłych, którzy są przekonani, że chronią młodych, podczas gdy kompletnie ich nie słyszą?
Na pewno jest to opowieść o bezradności dorosłych. Ale przede wszystkim jest to opowieść o bezradności młodzieży. Tak jak nasi samozwańczy śledczy, próbujący ustalić prawdę na temat śmierci uczennicy w „Rachunku win”, na próżno próbują zrozumieć umysły samej Anety oraz innych uczniów pechowego liceum, tak samo ci młodzi ludzie zupełnie nie rozumieją doświadczeń i perspektywy swoich opiekunów, nauczycieli albo ludzi z pokolenia Zuzanny i Artura.
Pokazując tę przepaść, starałem się pokazać, że paradoksalnie to poczucie zagubienia i niezrozumienia całego świata jest tym, co najbardziej łączy ludzi urodzonych w latach 80. z tymi urodzonymi już w XXI wieku.
Stworzyłeś księdza, lekarza i byłego muzyka metalowego w… jednej postaci. Czy nie bałeś się, że dając Dońcowi tak barwny życiorys, od razu zjednasz mu sympatię czytelnika i wybielisz go w naszych oczach, zanim jeszcze odsłonisz wszystkie karty?
Tego akurat nie obawiałem się z kilku powodów, chociażby dlatego, że muzyka uwielbiana przez księdza Artura raczej nie będzie odpowiadać większości moich czytelników. Zerknijcie proszę do posłowia „Rachunku win”, a później wyszukajcie sobie utwory zespołów tak poważanych przez naszego bohatera, jak My Dyight Bride czy Fear Factory. (śmiech)
Natomiast odpowiadając na poważnie na pytanie, zwłaszcza tym czytelnikom, którzy jeszcze nie sięgnęli po powieść, mogę odrzec: tak, być może celowo stworzyłem bohatera, którego upadek mógłby czytelnika zaboleć. A wy jeszcze nie wiecie, czy zaboli…
Wymowa Twojej historii jest nieprawdopodobnie fascynująca… Jeszcze jedna sprawa. Posiadasz wykształcenie historyczne i filozoficzne, więc do układania intrygi z pewnością podchodzisz z konkretnym planem. A może jest inaczej? Co podczas pracy nad tą książką najbardziej Cię zaskoczyło – czy bohaterowie w pewnym momencie stawili opór i zaczęli rządzić się własnymi prawami?
Dobrze i wiarygodnie rozbudowany bohater może zrobić coś zaskakującego dla samego twórcy; to zjawisko nie jest dla mnie niczym nowym. Przez wiele lat byłem zapalonym graczem w gry fabularne, to znaczy te klasyczne RPG, rozgrywające się na kartkach papieru i w wyobraźni graczy.
Pewne nawyki z tej pasji przeniosłem do pisania. Choćby pisząc sceny akcji w powieściach, tworzę każdemu z uczestniczących w nich bohaterów prostą kartę postaci, wyznaczam im atrybuty i testuję za pomocą kostki czy programu randomizującego szansę powodzenia jakiegoś trudnego działania. Tego typu rezultaty czasem zmuszają mnie do mocnej korekty pierwotnego planu, ale tak samo zdarza mi się zmieniać relacje czysto społeczne, dialogi czy odczucia emocjonalne. Po prostu konstruując konkretną scenę, twórca może zdać sobie sprawę z pomijanych dotychczas aspektów.
Dlatego lubię metaforę mapy, stosowaną przez wielu pisarzy, ale niedawno powtórzoną w rozmowie ze mną przez hiszpańską autorkę Carlę Montero. To znaczy: twórca musi mieć gotową mapę i pomysł, gdzie jego bohater swoją podróż zacznie i gdzie skończy. Natomiast czy podczas trasy dokona jakichś objazdów, zatrzyma się na piknik albo zwiedzi niezwykle ciekawy zabytek bądź zaskakujący pomnik przyrody, to już zupełnie inne pytanie.

Adam Podlewski – polski historyk, filozof, varsavianista, badacz popkultury, redaktor i pisarz. Autor powieści historycznych i kryminalnych, laureat I nagrody w konkursie „Kryminalnego Magla” na najlepszy Kryminał Retro 2021 za powieść „Dzień sznura”. Zajmuje się popularyzacją historii i edukacją historyczną. Rodowity Warszawiak, miłośnik stolicy, opowieści z jej przeszłości oraz dobrego gawędziarstwa.



