Najpierw zapadł wyrok. Dopiero potem zaczęto szukać prawdy… „Rachunek win. Tajemnicza śmierć szesnastolatki w sali katechetycznej” Adama Podlewskiego dostępna już w przedsprzedaży. Premiera powieści już 9 września za sprawą wydawnictwa Pascal. Zainteresowani? Przeczytajcie specjalny fragment powieści.

I.
P: Co jest Rachunek sumienia?
O: Rachunek sumienia, jest to pilne i rozważne przypomnienie sobie popełnionych grzechów od używania rozumu, albo od ostatniej dobrej Spowiedzi[1].
Niedziela, 1 marca 2020, 2:00 i później
Nie ma przypadków, są tylko znaki, zatem w tym, że była trzeźwa, należało widzieć palec Boży, a w każdym razie tak pewnie określiłby to Artur. Ziu mogła wsiąść za kółko bez wyrzutów sumienia, nie ryzykując. Jeszcze przed drugą wyjechała na puste już ulice Warszawy i skierowała się ku Skokom. O adres nie musiała pytać. Mieszkanie, w którym swego czasu mieszkała ciotka Artura, a po jej śmierci on sam, mieściło się przy ulicy Narciarskiej 4, naprzeciwko szkoły, na najdalszym krańcu tarasu wiślanej skarpy. Owszem, teoretycznie było możliwe, że Artur się przeprowadził, wówczas Ziu obudziłaby w sobotnią noc niezorientowanego w sytuacji obcego człowieka. Ale to było wielce nieprawdopodobne. Wiedziała, że Artur mieszka na Skokach i jest wikarym tamtejszej parafii Piusa X. Pewne rzeczy się nie zmieniały. Artur był lekarzem, księdzem i szkolnym katechetą, ale nie wyprowadziłby się ze Skoków. Pasował tam.
Jak się okazało, gorączka sobotniej nocy panowała jedynie w lokalach. Strach przed chińskim wirusem, lockdownem i wojną światową nie przeszkadzał ludziom się bawić, ale zdecydowanie powstrzymywał przed demonstrowaniem radości na ulicach, zwłaszcza przy niesprzyjającej pogodzie. Jadąc z Bielan na Mokotów, Ziu nawet nie musiała złamać zbyt wielu przepisów. Zatrąbiła jedynie na kilku „półpłynnych” imprezowiczów, przechodzących w ostatniej chwili na migającym zielonym świetle. Jechała, niemal nie przekraczając dozwolonej prędkości, Puławską aż do Bukowińskiej, następnie skręciła w uliczki osiedla. Po drodze minęła swoje miejsce pracy na Malczewskiego i pomyślała, że i ona daleko od Skoków nie wylądowała. Cóż… jeśli całe życie zbierasz jabłka, niedaleko spadniesz od jabłoni. Wjeżdżając w Narciarską, przypomniała sobie, że na tym zakazanym osiedlu zaparkować jest równie łatwo, jak znaleźć banknot na chodniku. Dlatego stanąwszy na miejscu dla niepełnosprawnych, z niestosowną satysfakcją zostawiła za szybą policyjny identyfikator. „To nie jest sprawa prywatna. Pomagam w rozwikłaniu zagadki kryminalnej” – pomyślała i ruszyła ku najdalszemu z szesnastokondygnacyjnych punktowców wznoszących się na skraju wiślanej skarpy niczym betonowa żuchwa. Wpisała kod domofonu; ten sam od dwudziestu lat. Potem wsiadła do windy i wcisnęła guzik z numerem piętnastym. W windzie niewiele się zmieniło. Brzydki i wolny dźwig osobowy wjechał na najwyższą kondygnację budynku przy Narciarskiej 4. Na piętnastym piętrze – jak dawniej – nie paliło się światło, ale ona szła na pamięć. Windę od drzwi mieszkania jej najlepszego szkolnego przyjaciela dzieliło tylko pięć metrów. Podeszła pod numer 95 i wcisnęła dzwonek. „A może się jednak wyprowadził…?” – pomyślała, wyobrażając sobie zaspane oczy nowego lokatora. Potem zaś uświadomiła sobie coś innego: przez całą drogę nie pomyślała o Katastrofie. Wytrzymała.
– A jednak to ty… – powiedziała, widząc w drzwiach księdza Artura Dońca. – Mogę…
Nie dał jej dokończyć zdania. Skoczył ku przyjaciółce, wyciągając ręce z prędkością atakującego zawodnika MMA, i objął ją, po czym właściwie wciągnął do mieszkania. Dopóki przeciąg nie zamknął drzwi, trzymał Zuzannę w objęciach. Czuła, że Artur za wszelką cenę stara się powstrzymać płacz.
– Już jestem. Coś wymyślimy – powiedziała, i wtedy popłynęły łzy.
***
Trzydzieści minut, jedną kawę i dwie herbaty później Artur chodził po salonie swojej dwupokojowej twierdzy i co chwila potykał się o porzucone na podłodze paczki z książkami. Ona siedziała na łóżku, trzymając na kolanach niewielką tablicę edukacyjną, wyjętą ze szkolnego zestawu. Gdyby nie była zmęczona, zauważyłaby pewnie nie bez ironii, że szkoła nie tylko wpędziła Artura w kłopoty, ale też zapewniła mu akcesoria do walki o dobre imię.
– Przecież ja tego nie zrobiłem! – powtórzył po raz kolejny Doniec.
Ksiądz wciąż chodził po mieszkaniu, jedną rękę trzymał zaciśniętą w pięść za plecami, drugą zaś masował sobie brodę, niczym rozmyślający nad kryminalną zagadką Sherlock Holmes.
– Gdybym nie była tego absolutnie pewna, nie byłoby mnie tu – zapewniła go Ziu.
Zatrzymał się nagle i spojrzał na przyjaciółkę. Wyglądał jak siedem nieszczęść upchniętych do pięcioosobowego samochodu. Jak na trzydziestopięcioletniego służącego w bogatej warszawskiej parafii księdza trzymał się nieźle, a złośliwi powiedzieliby nawet, że był w podejrzanie dobrej kondycji fizycznej. Jednak jego napięta twarz była poorana bruzdami, a na głowie pojawiło się kilka (jak Ziu zakładała, całkiem nowych) siwych włosów. Garbił się, przygniatał go ciężar oskarżeń, ale nadal był tym samym Arturem, którego tak dobrze znała i kochała.
– Co masz na myśli? – zapytał tonem inkwizytora. – Gdybym był winny, nie przyjechałabyś?
– Hm… przyjechałabym – odparła po chwili zastanowienia Ziu. – Ba! pewnie bym nawet próbowała pomóc, choć z odrazą. Ale na pewno nie przyjechałabym tu od razu, po nocy.
– Jak to: próbowałabyś pomóc? – dociekał Doniec. – Gdybym był winny, nie zasługiwałbym na pomoc.
– Mój przyjaciel zawsze może liczyć na pomoc – odpowiedziała ostrożnie. – Co nie znaczy, że pozwoliłabym, by ci to uszło na sucho. Mogłabym nawet pomóc twojemu obrońcy… Tylko wytłumacz mi, proszę, dlaczego o tym mówimy? Przecież nie jesteś winny.
– Nie jestem – odparł Artur, patrząc jej prosto w oczy.
Widziała, że jest szczery. Nie znalazła w nim nic fałszywego i to przekonało ją ostatecznie. „To dobrze!” – pomyślała. „Bo inaczej musiałabym bronić potwora. Jak to dobrze, że Artur nie jest taki!” Spojrzała na dziecięcą tablicę. Można było na niej pisać, rysować schematy i łączyć owe rysunki w mapy myśli. A Ziu zapisała już kilkanaście wersów notatek i kilka zrozumiałych tylko dla niej symboli. Ważniejsze było jednak to, co zapisała w głowie. Tam powoli powstawał zarys bardzo paskudnej sprawy.
– No, dobrze. Na początek wyjaśnijmy sobie pewne kwestie – oświadczyła Ziu. – Wiesz, że jestem obecnie na zwolnieniu? To jednocześnie ułatwia i utrudnia sprawę. Postępowanie w sprawie… – podkreślam: w sprawie – prowadzi prokurator Dołęga, a ja nie mogę się ot tak wcisnąć się do zespołu. Jutro ustalę, co i komu prorokini zlecała, a potem się zastanowimy.
– Ale jak to widzisz? – zapytał Artur. – Musi być jakiś sposób, aby mnie oczyścić…
– Z czego? Artu, przecież nie jesteś o nic oskarżony.
– I dlatego to jest takie ku… cholernie śliskie. Ludzie wiedzą, co mają wiedzieć. – Wznowił marsz po pokoju, ale zaraz zatrzymał się i znów spojrzał na Zuzannę. – Jestem złym człowiekiem.
Kobieta na chwilę zamarła w oczekiwaniu na straszne wyznanie. Ale powinna była pamiętać, że Artur to Artur, i wiedzieć, że o co innego chodzi.
– Ściągam cię tutaj, a nawet nie wiem, co u ciebie. Nie rozmawialiśmy od świąt, mam nadzieję, że cię od czegoś nie odrywam…
– Jak zwykle od niczego przyjemnego – odparła Ziu. – Tym się nie przejmuj…
– A jak jest…? Jeśli mogę spytać…
– Nieważne – ucięła zirytowana. – Nie chodzę na terapię, jeśli o to ci chodzi. Radzę sobie na inne sposoby. A zwolnienie to z powodu bezsenności. Biorę trochę leków, ale nic strasznie uzależniającego. Jutro przejrzysz moje recepty. Dziś mamy inne zadanie, musimy przekonać ludzi, że nie jesteś potworem, za jakiego chcą cię uważać. I to jest kurewsko trudne.
Zapadła cisza, gdyż oboje zdali sobie sprawę, że historia Dońca nie będzie mieć idealnego, szczęśliwego zakończenia. Można było jedynie postarać się, by nie było tragiczne. Wiedzieli to, gdyż często miewali do czynienia z ciemną stroną ludzkiego umysłu. W końcu Artur podszedł do przyjaciółki, położył jej rękę na ramieniu i powiedział:
– Wiem, że tego nie lubisz… Ale czy pomodlisz się ze mną?
– Za ciebie? Za to dochodzenie?
– Za tę dziewczynę – wyjaśnił Doniec. – To ona nie żyje.
Kiedy Artur zatopił się w cichej modlitwie, Ziu udawała, że robi to samo. W rzeczywistości jednak jej myśli krążyły wokół bardzo przyziemnych kwestii. Najważniejszą z nich było to, czy da radę. Czy da radę oczyścić imię przyjaciela, choć wyrok na niego został już dawno wydany.
[1] Cytaty dotyczące rachunku sumienia i przygotowania do spowiedzi świętej zaczerpnięte zostały z Katechizmu większego Mikołaja Gorzelańskiego (Warszawa 1878) i z zapamiętanych przez autora wyimków z modlitewników.



