Czy miłość rodzinna może mieć krwawy posmak? Jacek Kalinowski w „Braciszku Zombie” rzuca wyzwanie schematom współczesnego thrillera, zamieniając seryjnego mordercę z mrocznej piwnicy na… rodzinny obowiązek. W świecie, gdzie żywy trup staje się członkiem gospodarstwa domowego, a morderstwo – rutyną porównywalną z wynoszeniem śmieci, autor zadaje pytania, które bolą: jak daleko sięga lojalność wobec dziecka i co dzieje się, gdy dom staje się więzieniem z sekretami? Rozmawiamy o balansowaniu na krawędzi horroru i czarnej komedii, o tym, dlaczego polskie przedmieścia to idealne miejsce na ukrycie potwora, oraz o tym, jak pisze się historię, w której największym horrorem nie jest bestia, lecz decyzje, które musimy podejmować w imię miłości…
„Braciszek Zombie” to książka, która ukazała się nakładem wydawnictwa Chmury.
Marcin Waincetel: Wydaje mi się, że w znacznej większości thrillerów karmi się nas seryjnymi mordercami działającymi w pojedynkę, napędzanymi własnymi dewiacjami. Jednak u Ciebie morderstwo staje się projektem rodzinnym, codzienną rutyną i obowiązkiem – jak wynoszenie śmieci. Skąd wziął się pomysł, żeby z krwawej makabry uczynić spoiwo tradycyjnej komórki społecznej?
Jacek Kalinowski: Być może właśnie przez przesyt książek o seryjnych działających w pojedynkę. Pokręconych, bezwzględnych, powoli już chyba nieco sztampowych. W mojej powieści w proceder zaangażowana jest cała rodzina, przy czym nie do końca da się stwierdzić, że napędzają ich własne dewiacje. To przede wszystkim głód 16-letniego braciszka. Żeby żyć… musi zjeść raz w miesiącu żywego człowieka. Ta miłość do, jakby nie patrzeć, członka rodziny, rzeczywiście jest spoiwem. Przecież dla dziecka rodzic jest w stanie zrobić wszystko.
Okres dojrzewania u nastolatka to dla rodziców logistyczny i emocjonalny koszmar, a Twój „Braciszek Zombie” rośnie i potrzebuje coraz więcej ludzkiego mięsa. W jaki sposób potraktowałeś ten popkulturowy motyw potwora? Bo przypomina to trochę metaforę tego, jak dorastające dzieci potrafią dosłownie i w przenośni 'wysysać krew’ z poświęcających się dla nich rodziców.
Mimo mocnych kulturowych konotacji, jakie niesie za sobą okładka i tytuł, to nie do końca jest historia o potworze, który je ludzkie mięso. I bardzo dobrze. Chciałem tego uniknąć. Oczywiście są makabryczne momenty, bywa groteskowo, ale od pierwszej książki trzymam się zasady, żeby pisać przede wszystkim o relacjach i emocjach. To mnie w literaturze interesuje najbardziej. Sam braciszek oczywiście może być metaforą dorastającego dziecka, które wysysa krew z rodziców, może być równie dobrze metaforą życia z bardzo dysfunkcyjnym nastolatkiem, pod którego jest podporządkowane całe życie najbliższego otoczenia. W tak ekstremalnym środowisku każdy z domowników miewa wzloty i upadki.
No właśnie – kryzys w rodzinie. Kiedy ojciec trafia za kraty, obowiązek wyżywienia bestii spada na matkę i dzieciaki – w tym dwunastoletniego Kubusia. Gdzie w Twoim zamyśle leży granica moralna tej opowieści i co tak naprawdę trzyma tych ludzi razem: czysta miłość do brata, czy fakt, że stali się już po prostu niewolnikami własnego sekretu?
W moim zamyśle nie było definiowanie granic. Moje postacie zaczęły żyć własnym życiem, a ja im podkładałem jeszcze więcej kłód pod nogi. Nie chciałbym odpowiadać za nich. I za Czytelników. Wystarczy sięgnąć po powieść i po ostatnim rozdziale zapytać samego siebie: ile jestem w stanie zrobić dla swojego dziecka. Dębscy mordowali ludzi, rozgrzeszając samych siebie wyższą koniecznością i tym, że na ofiary wybierali raczej tych „złych” ludzi: recydywistów, zwyrodnialców… Tak, braciszek jest specyficzny, tak, jeden z członków rodziny chce jego eutanazji, właśnie przez to zmęczenie ukrywaniem sekretu. Braciszek, choć na wpół żywy, wciąż należy do rodziny. Czy mamy prawo pozbawiać życia innych, żeby on mógł przeżyć? Sam chciałbym to wiedzieć.
Komisarz Ferenc wpada na trop rodziny przez prostą matematykę: tam, gdzie się przeprowadzają, nagle drastycznie rośnie liczba zaginięć. Co ten motyw mówi o naszej polskiej rzeczywistości?
Chciałbym wierzyć, że jednak z pracą naszej policji jest dużo lepiej. To trochę licencia poetica, konwencja świata, do którego wchodzi czytelnik otwierając książkę. Po pierwsze, musi zaakceptować istnienie zombie, po drugie jakąś nieudolność stróżów prawa. Myślę, że w pozaksiążkowym świecie jest jednak inaczej. Sam miałem kilka razy do czynienia z policją. Wiem, że każde potencjalne zaginięcie jest traktowane bardzo serio. Moja konwencja broni się tym, że w przeważającej większości ci zaginieni to margines społeczeństwa, ludzie, o których często nikt się nie upomina. Oczywiście do czasu i tu właśnie pojawia się komisarz Ferenc.
„Braciszek Zombie” rozbił bank jako serial audio na Empik Go Story, a teraz trafia do księgarni jako pełnoprawna powieść. Co musiałeś zmienić w swoim warsztacie, przenosząc tę historię ze świata dźwięków na papier?
Obie formy powstawały równolegle, a wręcz powieść skończyłem jako pierwszą. Podobieństwo między serialem audio, a papierem myślę, że sięga dziewięćdziesięciu procent. Oczywiście są wątki, które bardzo trudno było przełożyć na świat dźwięków. Papier jednak jest wdzięczniejszy jeśli chodzi o psychologię, rozbudowę świata, niuanse w emocjach. Warsztatowo obie formy pisze się zupełnie różnie, choć to przecież ta sama opowieść. Serial to przede wszystkim dialogi; wszystko jest opowiadane poprzez rozmowy bohaterów. Całą resztę robi reżyser i specjaliści od udźwiękowienia. Pisząc powieść mogę się literacko wyżyć – jest miejsce na dygresje, retrospekcje, ładne zdania i wszystko to, co w audio po prostu nie zabrzmi. Ale zarówno pisanie powieści, jak i scenariusza dały mi mnóstwo frajdy.
Koncept rodziny 2+2, która raz w miesiącu musi podać na obiad żywego człowieka, to balansowanie na granicy rasowego horroru i ekstremalnie czarnej komedii. Jakimi narzędziami posługujesz się przy pisaniu, żeby utrzymać ten balans – by czytelnik jednocześnie czuł ciarki na plecach, ale też podskórnie bawił się tą makabryczną groteską?
Wbrew pozorom horroru w tej książce nie ma jakoś specjalnie dużo. Lubię mówić o „Braciszku Zombie”, że to połączenie thrillera, dramatu rodzinnego, grozy i czarnej komedii. Dokładnie w tej kolejności i proporcjach, zaczynając od najobszerniejszego składnika. Jak to robię? Nie udaję. Od razu wykładam kawę na ławę. Już pierwszy rozdział ma te wszystkie elementy. Czytelnik na początku jest zdezorientowany, bo do końca nie wie, co czyta, więc albo wsiąknie w ten świat… albo go odrzuci. Oczywiście chciałbym, żeby jak najwięcej czytelników kupiło tę konwencję, z drugiej strony za bardzo lubię łączyć gatunki, żeby przejmować się, że komuś się to nie spodoba. Co więcej, uważam, że ta groteska bardzo dobrze przełamuje mroczniejsze fragmenty. Oprócz tego, że nie jesteś pewny, co się wydarzy na kolejnej stronie, to dodatkowo nie wiesz, w jakim klimacie zostanie to podane. Prawdziwy rollercoaster.
Można powiedzieć, że zaczynasz od trzęsienia ziemi: ojciec aresztowany, policja na karku, a w piwnicy rośnie głód. Jak zarządza się taką fabularną bombą zegarową, żeby narzucając mordercze tempo na samym starcie, nie wypstrykać się z najlepszych asów w rękawie przed finałem?
Sam koncept jest taką bombą. Samograjem. Ja tylko pilnowałem, żeby jak najmniej popsuć. Masz ultrazwyczajny świat: zwykła rodzina, normalne profesje, dzieciaki, komisarz. I zombie, który jest ukryty pod garażem i raz w miesiącu musi zjeść żywego człowieka. Komisarz czuje, że z tą rodziną jest coś nie tak, zaczyna coraz bardziej węszyć. Przecież to jest kopalnia perypetii, zagrożeń, nowych sposobów, jak utrzymać ten sekret w tajemnicy przed światem. Oczywiście strukturalnie musi być to rozsądnie poplanowane: po trzęsieniu ziemi jest chwila oddechu, a później przeciągnie liny. Z komisarzem, ale też między domownikami, bo kiedy tata trafia aresztu, na jaw wychodzą różne sekreciki i instynkty. Po takim początku warto zadbać o finał. Bez zbytnich spojlerów, ja jestem zwolennikiem mocnych, gorzkich zakończeń.
Komisarz Ferenc po prostu czeka na błąd tej z pozoru idealnej rodziny morderców. Kto w tym pojedynku ma w Twoich oczach przewagę – bezduszny, systemowy aparat policyjny, czy zdesperowana matka z dwójką dzieci, która nie ma już nic do stracenia?
Z trójką dzieci! Gdybym odpowiedział, że matka, to pewnie byłoby to myślenie życzeniowe. Naiwnością byłoby również, gdybym powiedział, że miłość pokona wszystko. Po to między innymi czytamy kryminały i thrillery, żeby mieć poczucie, że pod koniec sprawiedliwość w jakimś stopniu zatryumfowała. To wciąż nie są spojlery. Czy tak jest u mnie? Czy miłość do dziecka ma swoje granice? Czy ten aparat policyjny jest rzeczywiście bezduszny, a Ferenc jest najlepszym gliną w województwie? Najlepiej zajrzeć do książki.
Masz na koncie prestiżowe Grand Prix Festiwalu Kryminalna Warszawa za klasyczną literaturę kryminalną, a „Braciszek Zombie” wchodzisz z buta w rejony nieokiełznanego horroru. Co takiego dało Ci porzucenie tradycyjnych procedur policyjnych na rzecz krwawego horroru i gdzie w tym szaleństwie znalazłeś największą wolność twórczą?”
Myślę, że już drugą książką („Sześć snów Laury Szuster”) wysłałem sygnał, że sztywne ramy gatunkowe nie są dla mnie. „Braciszek Zombie” to już w ogóle gatunkowy odjazd. I właśnie to daje mi radość, choć mam świadomość, że w Polsce czytelnicy raczej wciąż wolą bezpieczne, sprawdzone fabuły, choć może wzorem Zachodu i to się u nas zmieni. Cieszy mnie, że mogłem zrealizować swój pomysł, który był jednym z pierwszych moich pomysłów, od kiedy wziąłem się na serio za pisanie, cieszy mnie również, że ten pomysł dojrzał i znalazł aprobatę redaktorki naczelnej wydawnictwa Chmury. Zrobiłem to po swojemu z zakończeniem takim jakie chciałem, choć na etapie pisania miałem sugestie, żeby było jednak inne. Postawiłem jednak na swoim i co rusz otrzymuję sygnały, że zakończenie wgniata w fotel. To dla mnie ogromna radość.
Tak sobie myślę, że najbardziej przerażające w Twojej książce jest to, że ta rodzina z pozoru niczym się nie wyróżnia i mogłaby mieszkać tuż obok nas. Jak bardzo pisanie tej powieści skrzywiło Twoje własne spojrzenie na ciche, zamknięte posesje na przedmieściach i… czy jest na co aktualnie zwracasz teraz uwagę, mijając swoich sąsiadów?
To zawsze jest największa siła horroru. Niekoniecznie strachy, krew i zombie, ale zwyczajność, która, bardzo dobrze to wiemy, musi coś skrywać. W moim przypadku jest i to, i to. Zależało mi, żeby mimo groteskowości samego pomysłu, osadzić to w najzwyczajniejszym miejscu do zamieszkania. Nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, ale w żadnym momencie nie podaję nazwy miejscowości, w której rozgrywa się akcja książki. To są zwykłe przedmieścia, jakieś osiedle, domki jednorodzinne. To może być wszędzie, może w Twoim mieście? Oczywiście dobrze wiemy, że zombie nie istnieją. I może właśnie to połączenie zwyczajności i niezwykłości jest siłą tej historii?

Zwycięstwo w Empik Go Story 2025 i Grand Prix w Warszawie to potężne strzały dopaminy, ale też gigantyczne oczekiwania ze strony czytelników i wydawców. Jak radzisz sobie z tą presją przy otwieraniu nowego, czystego pliku w Wordzie?
Ufam swoim pomysłom i wierzę w jakość mojego pisania. Taką czysto warsztatową. Po prostu wiem, że będzie dobrze. Niekoniecznie jestem pewien, że ukończę książkę, bo kilka historii już porzuciłem w trakcie z różnych powodów, ale nigdy tym powodem nie było poczucie, że to jest po prostu słabe. Presję czuję dopiero w dniu premiery, ale nic wtedy już nie mogę z tym zrobić. A wcześniej? Nie czuję żadnej presji. Chcę się po prostu dobrze bawić opowiadając kolejną historię.
Kiedyś złem w literaturze gatunkowej manipulowali psychopaci w maskach albo potwory z mitologii. Dziś coraz częściej przeraża nas to, co codzienne, zbanalizowane i domowe, czego „Braciszek Zombie” jest idealnym przykładem. Powiedz, proszę, w którą stronę Twoim zdaniem zmierza współczesny horror i thriller i przed czym literatura będzie nas ostrzegać za kilka lat?
Jak patrzę na to, co grają teraz w kinach i jakie książki wychodzą, to wszystko zmierza właśnie w stronę takich codziennych, psychologicznych lęków. Bez jump scare`ów i tanich chwytów. Widziałeś film „Obsesja”, który robi furorę w kinach? Okej, jest szczypta magii, bywa groteskowo, ale to opowieść o odrzuceniu, platonicznej miłości, relacjach. I myślę, że taki będzie horror. Społeczny, jeśli tak można to nazwać. Oczywiście wpływ na to ma wszystko to, co się dzieje dookoła: media społecznościowe, trudność w nawiązywaniu i utrzymaniu zdrowych relacji, samotność w świecie, gdzie przecież nie powinniśmy być samotni. To staje się tak uniwersalne, że grzechem byłoby nie budować na tym dobrych, przejmujących fabuł.
Wprowadziłeś na polski rynek krwawy, nieokiełznany horror rodzinny, podnosząc poprzeczkę niezwykle wysoko. Gdzie zamierzasz zabrać swoich czytelników w kolejnej książce?
Lubię, jak każda moja kolejna książka jest inna od poprzedniej. Trochę się nagadałem, dlatego teraz będzie krótko: kolejna książka będzie, cóż… zaskakująca.






