W literaturze kryminalnej często szukamy prostych odpowiedzi: kto zabił, dlaczego to zrobił i czy sprawiedliwości stanie się zadość. Jednak proza Artura Żurka – autora, którego najnowsza powieść Jeszcze nie teraz ukazała się nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego – nie daje czytelnikowi tak łatwych rozwiązań. To prawdziwie magnetyzująca literatura, której autor nie tylko zadaje pytania o naturę zła, ale przede wszystkim stawia nas w sytuacjach, w których sami musimy skonfrontować się z własną definicją człowieczeństwa.
Artur Żurek posiada rzadki dar wnikania w psychikę swoich bohaterów z chirurgiczną precyzją, nie tracąc przy tym głębi emocjonalnej, która czyni jego opowieści tak przejmującymi. Autor umiejętnie łączy techniczną sprawność w budowaniu intrygi z filozoficzną zadumą nad tym, co w naszym życiu nieuchwytne – nad przypadkiem, lękiem i nieodwracalnością podjętych decyzji.
Czy zło jest siłą zewnętrzną, czy sumą drobnych ustępstw? W jaki sposób wrocławskie ulice stają się pod ręką autora pełnoprawnym bohaterem, a zwierzęcy instynkt – nieoczekiwanym katalizatorem prawdy? Zapraszamy do rozmowy o granicach empatii, cenie, jaką płacimy za poznanie samego siebie, oraz o niezwykłej umiejętności Żurka do odnajdywania chaosu w świecie, który tak bardzo chciałby być przewidywalny.

Marcin Waincetel: Wydaje się, że każda historia spod znaku zbrodni rodzi się z pewnego niepokoju, który domaga się nazwania. Co było tym pierwotnym impulsem, który kazał Panu postawić Romana Zawadę – psychologa, a więc człowieka zawodowo oswojonego z analizą cudzych traum – w sytuacji, w której to on sam musi nagle skonfrontować się z czymś absolutnie ekstremalnym?
Artur Żurek: Mógłbym odpowiedzieć jednym słowem – rzeczywistość. Wszystkie moje powieści rodzą się w bardzo podobny sposób. Zaczyna się od tego, że jestem świadkiem bądź uczestnikiem sceny, która z dowolnych powodów przykuwa moją uwagę, wywołuje jakieś emocje i czuję, że chcę ją mieć w przyszłej powieści. To są czasami małe wydarzenia, które dla wielu osób mogą nie mieć żadnego znaczenia, na przykład rozmowa z taksówkarzem, przeklinające dzieci na przejściu dla pieszych.
Konkretny czas, realne miejsca, określona rzeczywistość. Idealny zaczyn pod fabułę. Co dzieje się później?
Cóż, potem taką scenę zaczynam „zasiedlać” moimi, fikcyjnymi bohaterami. Daję im jakieś cechy, jakąś rodzinę, profesję. Jest to jeszcze bardzo ogólne. Zaczyna się konkretyzować, kiedy mnożę pytania. Co ich doprowadziło do tej sceny? Jak weszli ze sobą w interakcje? Co musiało się wydarzyć w przeszłości i co może się zdarzyć w przyszłości? Odpowiedzi, których sam sobie udzielam, umiejscawiają scenę w jakimś miejscu w powieści. Może się okazać, że od niej zaczynam lub na niej kończę, może będzie punktem zwrotnym, a może mało istotnym epizodem. Czyli mam zdarzenie, bohaterów, których już trochę znam i wiem coś o ich przeszłości i przyszłości, mogę przewidywać ich zachowanie, emocje w różnych sytuacjach. Później już tylko podążam za nimi i opisuję ich przygody. Upraszczam? Z pewnością.
Skoro mówi Pan o „zasiedlaniu” scen, to co było tym bezpośrednim impulsem do napisania pierwszej sceny „Jeszcze nie teraz”?
Nie będę ukrywać, że niemałe wrażenie wywarła na mnie rzeczywista historia sprzed około trzech lat, którą śledziłem w mediach. Do tragicznego zdarzenia doszło w Gdyni. Kobieta wróciła z pracy i w mieszkaniu znalazła martwego syna. Sześciolatek miał poderżnięte gardło. Zniknął ojciec dziecka, ponad czterdziestoletni żołnierz-marynarz. I to on właśnie stał się głównym podejrzanym. Po osiemnastodniowej obławie policja znalazła jego zwłoki w stawie, czy jakimś rozlewisku kilkaset metrów od bloku, w którym doszło do zbrodni. Ojca uznano za mordercę i samobójcę. Media żyły spekulacjami na temat motywu oraz oceną nieudolnej akcji policji. Ja też zadawałem sobie szereg pytań. Dręczyła mnie myśl: a co, jeżeli to nie ojciec zabił? Jak bardzo nieracjonalnie może zachować się człowiek w obliczu śmierci najbliższej mu osoby? Czy rzeczywiście popełnił samobójstwo? Czy dlatego, że zabił syna czy z rozpaczy po stracie? Może to policjanci albo sąsiedzi wymierzyli „sprawiedliwość” i go utopili? Może utopili niewinnego? Miałem scenę, stworzyłem i wprowadziłem do niej swoich bohaterów i tak powstał zaczyn „Jeszcze nie teraz”. Chciałem pokazać, że nie wszystko, co oczywiste jest prawdą.
„Najtrudniej uciec nie przed pościgiem, ale przed samym sobą”. Jakim wyzwaniem pisarskim było dla Pana zamknięcie bohatera w „czterech ścianach” – sytuacji, w której zewnętrzna presja śledztwa staje się zaledwie tłem dla klaustrofobicznej konfrontacji z własną historią, lękami i wypartymi prawdami?
Co robi człowiek w sytuacji zagrożenia? Ucieka, zastyga lub walczy. Nie ma innych możliwości. Problemem jest to, że nie zawsze, powiedziałbym, że prawie nigdy nie wiemy, jak się zachowamy i czy to będzie dobry wybór. Czasami w jednej sytuacji mogą wystąpić wszystkie te trzy reakcje. Ucieczka i walka wymagają aktywności. Stupor nie. Mój bohater miota się pomiędzy chęcią działania, a akceptacją nie tyle w pełni bezpiecznego, co wygodnego schronienia – izolacji w „czterech ścianach”.
Obserwujemy u niego naprawdę szerokie spektrum reakcji – od szoku po próbę skonfrontowania się z rzeczywistością.
Istotnie, dochodzą do tego dochodzą wszystkie typowe fazy reakcji na zmianę od szoku, poprzez zaprzeczanie, agresję, apatię, nieśmiałe testowanie rzeczywistości i w końcu akceptację nowej „normalności”. Zmagania aktywności z pasywnością przeważnie prowadzą do walki, konfrontacji z samym sobą. Coś musimy poznać, zrozumieć, zaakceptować, zrobić. Zamknięcie bohatera w „czterech ścianach” było dla mnie narzędziem koniecznym, żeby pokazać zmagania bohatera, których wbrew pozorom może doświadczyć każdy z nas. Na szczęście, przeważnie nie w tak ekstremalnych sytuacjach, jak ta przedstawiona w powieści. Z pewnością, każdy z nas wiele razy roztrząsał swoją reakcję w trudnej sytuacji. Dlaczego nie uciekłem? Po co się broniłem? Dlaczego stałem jak oferma, a nie walczyłem?
Czytelnicy bywają czasami niecierpliwi – dopytują, dlaczego bohater nie jest herosem, który zawsze postępuje logicznie.
Niedawno usłyszałem pytanie, dlaczego mój bohater miewa problem z tym, żeby cały czas działać, walczyć o sprawiedliwość. Roman Zawada jest człowiekiem, takim jak ja i większość z nas. Również ci, którzy chcieliby, aby bohater był herosem i zachowywał się jak robot. Bodziec, reakcja, zawsze racjonalna i najlepsza z możliwych. Życie takie nie jest, nie tak się zachowujemy. Moim wyzwaniem było to, żeby czytelnik uświadomił sobie, że jemu też może przytrafić się sytuacja, w której będzie musiał się skonfrontować ze złem, z przeszłością. Chciałem też, żeby zrozumiał, jak bardzo jego reakcja w takich sytuacjach może odbiegać od wyobrażeń o sobie. Może okazać słabość, postąpić nielogicznie, poddać się, ale może też wspiąć się na wyżyny bohaterstwa lub racjonalizmu. Nie mnie osądzać, czy podołałem wyzwaniu.
Wrocław w Pana prozie przestaje być tylko mapą ulic, a staje się niemal pełnoprawnym, żywym bohaterem – tajemniczym, niebezpiecznym, prowokującym, lecz pięknym. Czy to właśnie ten konkretny, dolnośląski „duch miejsca” stał się dla Pana niezbędnym paliwem do zbudowania nastroju permanentnego osaczenia, w jakim znajduje się Zawada?
Zacznę od słów jednej z postaci „Powrotnego z Wrocławia”, mojej powieści z 2022 roku: „Proszę pamiętać, że z Wrocławia nie można uciec. Miasto jest w nas.”. Chyba na tych słowach mógłbym poprzestać. Było dla mnie oczywiste, że ze względu na fabułę, akcja „Jeszcze nie teraz” musi być osadzona w dużym mieście wojewódzkim. Początkowo rozważałem jeszcze dwa miasta, które lubię i też są mi bliskie, ale czy któreś mogło wygrać z Wrocławiem? Nie mogło. Jestem Wrocławianinem. Nie mieszkam w tym mieście od trzydziestu czterech lat, a „Jeszcze nie teraz” jest trzecią powieścią, której akcja rozgrywa się w moim rodzinnym mieście.
To miasto z tak silną tożsamością, że wręcz narzuca się bohaterom…
Studiowałem psychologię na Uniwersytecie Wrocławskim, zatem moi bohaterowie, psychologowie Roman i Kalina też musieli być absolwentami tej uczelni. Wrocław nie był impulsem do napisania „Jeszcze nie teraz”, pomysł nie zrodził się we Wrocławiu, ale im bardziej poznawałem moich bohaterów, tym bardziej byłem przekonany, że muszą chodzić po wrocławskich ulicach, które potrafią zarówno osaczyć, jak i wyzwolić. Często jestem pytany, co jest wyjątkowego we Wrocławiu, jaki jest duch tego miasta. Jeżeli nie mam kilku godzin na długi wywód, to krótko odpowiadam, że z pewnością tylko w tym mieście mógł się zrodzić i zostać zrealizowany pomysł jednego z większych oszustw w Polsce, czyli założenia w 1969 roku fikcyjnego konsulatu Austrii. Zostało to fantastycznie przedstawione w filmie „Konsul” Jerzego Borka ze znakomitym Piotrem Fronczewskim w roli tytułowej. Polecam. Taki Wrocław jest we mnie i z pewnością wywarł duży wpływ na to, co i jak piszę.
Wprowadzenie na arenę zdarzeń Bronisa, byłego śledczego, tworzy fascynujący kontrast między analitycznym umysłem psychologa a surowym doświadczeniem człowieka czynu. Czy postać Bronisa jest dla Pana narzędziem, które pozwala wniknąć w „prawdę”, która w świecie „Jeszcze nie teraz” wydaje się rozmywać w gąszczu kłamstw i pozorów?
To nie jest tak, że Bronis jest pozbawiony umiejętności analitycznych. On po prostu przechodzi do działania szybciej niż Roman, który przecież też potrafi się sprawdzić w działaniu. Roman wpada w zupełnie sobie nieznany świat. Bronis przeciwnie, jest nie tylko w dobrze sobie znanej rzeczywistości, ale też jako już emerytowany policjant nie jest uwikłany w system. Może wykazać się inicjatywą, nie ma ograniczeń. Jest w stanie prowadzić śledztwo, a nie tylko bezrefleksyjnie i bez motywacji wykonywać czynności, co normalnie robią policjanci w pracy.
Co w Bronisie najbardziej Pana ujęło jako autora?
Nie będę ukrywać, że pisząc „Jeszcze nie teraz” bardzo polubiłem Bronisa. On nie jest aniołem, nie jest ideałem, ale ma swoje zasady. Ma też psa, przez pryzmat którego chciałem pokazać sprzeczności tkwiące w byłym policjancie oraz słabości Romana, psychologa. Tak, Bronis z pewnością jest moim narzędziem do pokazania prawdy, chociaż może bardziej właściwym określeniem byłoby, że on otwiera nam oczy. Uświadamia, że prawdą, jest to, co chcemy, żeby nią było. Czy prawda obnaża kłamstwa i pozory, czy też może prawda, to po prostu nasz obraz świata, który chcemy nie tylko poznać, ale też przekazać innym? Czy zawsze przekazujemy to, co widzimy, co już jest subiektywnym odbiorem? Czy może częściej przekazujemy obraz, który tylko chcemy uważać za prawdziwy? Kłamiemy, stwarzamy nowe pozory? Tak, oczywiście. Pamiętajmy, że najlepiej się kłamie wtedy, kiedy wierzymy w nasze kłamstwo.
To niepokojąca refleksja nad naturą sprawiedliwości w Pana powieści.
Idźmy dalej. Czy zatem kłamstwo, w które wierzymy jest prawdą? Kłamstwa, błędna percepcja, uprzedzenia tworzą rzeczywistość, w którą wierzymy. Wszyscy posiadamy zakodowaną w głowie zasadę, że człowiek jest niewinny, dopóki nie zostanie skazany prawomocnym wyrokiem sądu. Czy jeżeli ktoś zostanie skazany, a nie popełnił przestępstwa, to jest winny? Dla tych, którzy wierzą w nieomylność sądu – tak. Dla innych – nie. Wydumane? Odsyłam do znakomitego reportażu mecenasa Pawła Matei pod tytułem „Adwokat diabłów”. Czy Bronis ukazuje taką rozmytą prawdę? Wierzę, że tak, bo przecież on też kłamie i stwarza pozory. Chyba odpowiedziałem językiem Romana Zawady często dzielącego włos na czworo.
Można chyba przyjąć założenie, że jako autor konsekwentnie eksploruje Pan momenty graniczne – kiedy człowiek staje się ofiarą lub sprawcą. Co w Pana odczuciu sprawia, że czytelnik tak silnie rezonuje z tą moralną dwuznacznością, w której „dobry człowiek” okazuje się zdolny do przekroczenia granicy, o której wcześniej nawet nie chciałby myśleć?
„Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – te słowa Wisławy Szymborskiej genialnie oddają nasze życie. Codziennie dokonujemy wyborów. Na szczęście nie zawsze w sytuacjach granicznych, które sprawdzają nasz system wartości, naszą siłę, a przede wszystkim to, co myślimy o sobie. Czasami kreatura okazuje się bohaterem, a chodzący wzór moralności oprawcą. Łatwo jest oceniać tchórzy, jeżeli sami nigdy nie musieliśmy ryzykować własnym życiem. Fascynują mnie ludzie i ich wybory, często przypadkowe, ale też ujawniające rzeczywiste i ukryte motywy, a nie te deklarowane.
Zastanawiam się, co dokładnie przyciąga czytelnika do tych mrocznych mechanizmów, którymi poddawani są na przykład bohaterowie Pana powieści.
Co powoduje, że możemy przekroczyć granice bohaterstwa, ale też granice bestialstwa? Czy zawsze można oddzielić jedno od drugiego? Co nas doprowadza do roli ofiary albo oprawcy? Dlaczego ofiara może zostać oprawcą, a oprawca ofiarą? Może to wszystko zależy od przypadkowych zdarzeń i zbiegów okoliczności? Nie tylko mnie fascynują ludzkie wybory i ich konsekwencje. Mam szczęście, że swoje obserwacje i przemyślenia mogę zamienić w fabułę powieści i podzielić się nimi z odbiorcami moich książek. Myślę, że wielu czytelników w fikcyjnych, ale bardzo prawdopodobnych postaciach moich bohaterów odnajduje siebie, swoje rozterki w sytuacjach trudnych wyborów. Oczywiście, nie chcę powiedzieć, że moi czytelnicy stali kiedyś przed decyzją, czy zabić, czy przeżyć. Ja wykorzystuję wątek kryminalny, zbrodnię, sytuacje ekstremalne do tego, żeby pokazać mechanizmy naszego zachowania, zmiany postaw, podejmowania decyzji. Odkrywanie możliwej wielkości, jak i ułomności jest wiedzą o nas samych. Kto nie lubi siebie poznawać? Ja piszę, bo lubię eksplorować to, co tkwi w ludziach, ale ja nie tworzę podręczników czy poradników. Moje powieści mają dostarczać emocji, a śledzenie losu bohaterów, zwyczajnych ludzi postawionych w ekstremalnych, granicznych sytuacjach, z pewnością jest dobrym nośnikiem różnorodnych przeżyć. Jeżeli przy okazji, stworzone przez mnie historie pobudzają czytelników do głębszej refleksji, to znakomicie.
Czy zgodziłby się Pan z tezą, że „Jeszcze nie teraz” funkcjonuje jako pewnego rodzaju „laboratorium empatii”, w którym poprzez skrajny upadek bohatera zmusza Pan czytelnika do przewartościowania własnych sądów o winie, strachu i przebaczeniu?
Bohaterowie moich powieści nie są potworami, tylko zwykłymi ludźmi, którzy starają się nimi nie zostać. Nie zawsze im się to udaje. Uściślijmy pojęcie empatii. Jest to zdolność do współodczuwania stanów emocjonalnych innych osób, ale to również zdolność do zrozumienia tych stanów. Możemy mówić o empatii afektywnej (emocjonalnej), kiedy bezpośrednio odczuwamy emocje innej osoby. „Udziela nam” się smutek, radość czy inna emocja. Jest też empatia kognitywna (poznawcza), czyli umiejętność intelektualnego zrozumienia sytuacji, przyczyn i charakteru emocji u innej osoby. Dobrze, jeżeli empatii emocjonalnej towarzyszy poznawcza. Brak zrozumienia sytuacji skutkuje nieodczytaniem bądź błędną interpretacją emocji.
Jak rozumiem, w takim ujęciu książki gatunkowe mogą być formą edukacji emocjonalnej czytelnika.
Z pewnością. Dobrze, jeżeli oba wymiary się wzajemnie uzupełniają. Rozumiemy, co wzbudziło emocje u innej osoby, współodczuwamy jej stan i… Czy przejawimy zachowanie empatyczne, okażemy tak zwaną empatyczną troskę? Udzielimy wsparcia? Pomożemy? Niekoniecznie. Musimy się tego nauczyć. Zarówno od strony umiejętności, jak i naszej gotowości do działania. Niestety, często problemem jest nie tylko brak empatii wobec innych osób, ale i wobec samego siebie. Zarówno w wymiarze emocjonalnym, jak i poznawczym. Co „Jeszcze nie teraz” ma wspólnego z tymi rozważaniami? Ja czytelnika do niczego nie zmuszam, ale daję mu możliwość, żeby bezpiecznie, w komfortowych warunkach, na fotelu, z kubkiem kawy w ręce mógł poznać, zrozumieć i współodczuwać emocje moich bohaterów. Całkowicie bezpieczny w zaciszu laboratorium, może doświadczyć przeżyć, których wolałby uniknąć w rzeczywistym świecie. Taki jest sens tworzenia opowieści, które oddaję do rąk czytelników. Oczywiście, zarówno czytanie, jak i pisanie pogłębia nasze spojrzenie na szeroko rozumiane życie i pobudza do refleksji, czasami do przewartościowania naszych osądów czy uprzedzeń.
Praca w świecie doradztwa i finansów wymaga chłodnej kalkulacji, jednak Pana proza zdaje się być ucieczką w stronę tego, co niepoliczalne i mroczne. Jak bardzo ta profesjonalna przeszłość determinuje Pana potrzebę budowania chaosu, który w życiu Pana bohaterów wywraca do góry nogami wszelkie logiczne założenia?
Z pewnością moja przeszłość, doświadczenie życiowe i zawodowe bardzo mocno wpływają na to, co piszę, jak piszę, i że w ogóle piszę. Przez kilkadziesiąt lat funkcjonowałem w tak zwanym świecie biznesu. Powiedzenie, że nie ma nic pewnego poza zmianą jest wyjątkowo prawdziwe w odniesieniu do tego świata. Dodałbym jeszcze dwa słowa: chaos i niepewność. Ludzie w świecie korporacji kierują się takimi samymi motywami i doświadczają takich samych emocji, jak wszyscy. Sytuacje są inne, materialne efekty sukcesów bądź porażek mogą być inne, ale mechanizmy zachowania, w wymiarze czysto ludzkim podlegają takim samym prawom.
Czy w świecie finansów widział Pan rzeczy, które teraz przekłada Pan na język literatury?
Gdyby w świecie korporacji, finansów, na rynkach wszystko byłoby podporządkowane logice i zawsze sprawdzałyby się założenia biznesowe, to nie mielibyśmy kryzysów gospodarczych, bankructw, niespłaconych kredytów, nietrafionych inwestycji, wypalenia zawodowego, a giełda zawsze dawałaby zarobić i z każdego czyniłaby milionera. Jest takie powiedzenie o analitykach rynku, że świetnie potrafią wyjaśnić przeszłość, gorzej z przewidywaniem przyszłości. Z pewnością, łatwiej jest wytłumaczyć, dlaczego rynek w ostatnim roku wzrósł o pięć procent niż trafnie prognozować jego dynamikę w przyszłym roku. Czy to nie brzmi podobnie do przewidywania zdarzeń z naszego codziennego życia? Wszyscy żyjemy w chaosie i doświadczamy zmian. Bohaterowie moich powieści również.
To ciekawe, bo sugeruje Pan, że literatura jest bardziej przewidywalna niż biznes.
Naturalną potrzebą ludzi jest przewidywanie przyszłości, bo to zapewnia – przeważnie złudne – poczucie bezpieczeństwa. Przygotowujemy w arkuszach obliczeniowych biznes plany, sprawdzamy w aplikacjach prognozę pogody na wakacje, ustalamy datę ślubu według horoskopu. Po fakcie wiemy, dlaczego koszty wzrosły powyżej prognoz, dlaczego lało przez cały lipiec i z jakiego powodu małżeństwo skończyło się rozwodem. Nie jestem fatalistą, ale nie zapominam o tak zwanych przypadkach, mających duży wpływ na nasze życie. Pisząc powieści, w których bohaterowie są w sytuacjach ekstremalnych wydaje mi się, że wbrew pozorom wkraczam w świat bardziej uporządkowany i logiczny niż ten, którego doświadczałem każdego dnia pracując w konsultingu i finansach. Oczywiście, w korporacjach miałem wiele okazji do obserwowania zachowania ludzi w sytuacjach trudnych, wręcz ekstremalnych wyborów. Zmieniają się dekoracje, ale ludzie zachowują się tak samo. Ciekawostką jest to, że według różnych badań odsetek psychopatów w populacji jest szacowany na jeden do dwóch i pół procent. W populacji więziennej, czyli osób skazanych to przedział od piętnastu do dwudziestu pięciu procent. Nadreprezentacja psychopatów występuje również wśród wyższej kadry kierowniczej – od czterech do dwudziestu procent. Wśród liderów, w tak zwanym elitarnym sektorze finansowym, to około dwunastu procent.
Tworząc tak gęsty labirynt sekretów i zdrad, na ile czuje się Pan architektem, który precyzyjnie planuje każdą ścieżkę, a na ile „pasażem”, który pozwala swoim postaciom – takim jak Zawada – podejmować decyzje, które Pana samego potrafią jeszcze zaskoczyć?
Jestem zarówno architektem świata mojej powieści, jak i pasażerem, obserwatorem życia moich bohaterów. Na pewnym etapie pisania powieści postacie są już tak mocno zdefiniowane, że w pewnych sytuacjach zaskakuje mnie ich zachowanie i wybory, których dokonują. Kończy się moja rola demiurga, bo poprzednie przeżycia bohaterów, konsekwencje ich decyzji, ich charakterystyka jest tak silna, że nie zawsze mogę im narzucić moje plany.
Czyli to moment, w którym staje się Pan czytelnikiem własnej książki?
Na tym etapie im towarzyszę i opisuję to, co robią. Jestem tylko i aż pasażerem. Dla mnie to jest najpiękniejszy i najprzyjemniejszy etap w pisaniu powieści. Tworzę postacie, zarys fabuły, a potem już podążam, towarzyszę wytworom mojej wyobraźni w tym, co przeżywają i czego doświadczają. Muszę tylko uważać, żeby czegoś nie przekłamać. Wiem, że jeżeli ja chcę towarzyszyć moim postaciom, to mam przekonanie, że czytelnik też zechce do nas dołączyć. Tworzę bohaterów, którzy najpierw mnie zabierają w podróż do swojego świata, a następnie zapraszają tam czytelnika.
Zastanawiam się, jak definiuje Pan dzisiaj zło – czy jest ono dla Pana siłą zewnętrzną, brutalnie wdzierającą się w nasze życie, czy raczej sumą drobnych, niepozornych ustępstw, które w pewnym momencie prowadzą do nieodwracalnej katastrofy?
Przytoczę słowa Epikteta, będące też mottem jednej z moich wcześniejszych powieści: „Zło to nie zdarzenie, które cię spotyka, lecz to, co robisz z tym zdarzeniem”. Nikt nie zaprzeczy, że doświadczamy przeróżnych zdarzeń, które wdzierają się w nasze życie, do naszych umysłów i które możemy nazwać złem, które są zewnętrznym złem. Jednak naprawdę liczy się to, co my zrobimy z tym złem, jak zareagujemy. Poddamy mu się, stając się ofiarą lub częścią zła? Uciekniemy przed nim fizycznie bądź psychicznie? A może aktywnie mu się przeciwstawimy?
Czy to oznacza, że zło jest nieuchronne i każdy z nas musi z nim wypracować osobisty układ?
Może nasze postawy i reakcje wobec zła będą ewoluować? Przechodzić jedna w drugą, w zależności od rozwoju wydarzeń i zmian w naszej kondycji psychicznej i fizycznej. Obojętnie jakiego, czy jakich wyborów dokonamy, to będą one miały swoje konsekwencje dla nas samych, jak i dla naszego otoczenia. Zło jest zewnętrzną siłą, powoduje ból i cierpienie, ale to od nas zależy czy my też będziemy czynić zło, może nawet większe, czy nie będziemy. Czy zło będzie w nas, czy go nie przyjmiemy? Myślę, że zło zawsze dotyka nie tylko ofiarę, ale i oprawcę. Tragiczny nie jest wybór pomiędzy dobrem, a złem. Trudniejsza jest sytuacja wyboru pomiędzy złem, a złem. Brak wyboru też jest decyzją i również rodzi konsekwencje. Porównanie, które zawarł Pan w pytaniu „zewnętrzna siła”, czy „suma drobnych zdarzeń”, w domyśle, na które zezwalamy, świetnie ilustruje naszą wolną wolę i odpowiedzialność za to, do czego „duże” bądź „małe” zło może doprowadzić. Powiedziałbym, że zło, na które się godzimy, zawsze prowadzi do jeszcze większego. Pytanie, przed którym stoimy to, jak zareagować na zło, żeby zatrzymać jego postępy. Bohaterowie „Jeszcze nie teraz” stają właśnie przed takimi dylematami. Niewątpliwe zło – śmierć – jak na nie zareagować? Każda reakcja rodzi następstwa i dla nich, i dla ich otoczenia. Ktoś powie: przecież jesteśmy ludźmi, mamy system wartości, wiemy, co jest dobre, a co jest złe, zatem wszelkie rozważania są wydumane. Chciałbym, żeby to wszystko było takie proste. Kiedyś przeczytałem, że kierowcy w ostatniej chwili przed zderzeniem zawsze tak skręcają, że bardziej od nich narażony na skutki wypadku jest pasażer obok. Nawet jeżeli jest to osoba najbliższa. Instynktu nie oszukamy. Poczucia winy również.
Czy pisząc o tak drastycznych momentach granicznych, towarzyszy Panu lęk, czy może głęboka satysfakcja z tego, że udaje się Panu skutecznie przeprowadzić czytelnika przez ten emocjonalny labirynt pełen niepewności?
Odbieram to pytanie jak zachętę do autodiagnozy, a nawet autoterapii. Czyli autorze-psychologu pomóż sobie sam. To prawda, pisanie jest pełne emocji, również obaw. Na szczęście dominują u mnie pozytywne stany, inaczej nie dałbym rady siadać codziennie przed klawiaturą. Podczas opisywania przygód moich bohaterów w sytuacjach granicznych zadaję sobie pytanie, czy stanę na wysokości zadania i oddam je wystarczająco dobrze? Czy zainteresuję czytelnika i czy wzbudzę w nim zamierzone emocje? Moje obawy są związane z jakością pracy. Uważam, że ten lęk, czy też dreszczyk emocji – jak zostanę odebrany? – jest niezbędny we wszystkim, co robimy, również w pracy pisarza.
Gdzie stawia Pan granicę między zdrową motywacją a paraliżem twórczym?
Ważne jest, aby był to poziom optymalny, taki który motywuje, a nie taki, który paraliżuje. Dla mnie radość pisania jest warunkiem koniecznym. Obawy przed oceną mobilizują mnie do podniesienia jakości, pracy nad tekstem i nad sobą. Satysfakcja, która przychodzi wraz z pozytywnymi opiniami czytelników, na temat podróży, w którą zabrali ich moi bohaterowie, jest nagrodą i mnie uskrzydla. Mobilizujące obawy i satysfakcja z dobrze wykonanej pracy, to dla mnie dwa niezbędne elementy jakiegokolwiek procesu. Oczywiście, musi być zachowana odpowiednia proporcja i satysfakcji musi być dużo więcej. Jeżeli któregoś dnia poczuję, że przeważają negatywne emocje, to przestanę pisać. Wierzę, że jeszcze długo do tego nie dojdzie.
Proces twórczy bywa wyczerpujący i pełen kontrastów. Co w pracy nad tą konkretną powieścią okazało się dla Pana najbardziej satysfakcjonującym doświadczeniem, a co stanowiło najtrudniejszą, być może wręcz bolesną, barierę do pokonania?
Odczułem wielką satysfakcję po stworzeniu postaci Bronisa, a właściwie tandemu „psów” – emerytowanego komisarza policji i emerytowanego wilczura. Bardzo długo nie mogłem zdefiniować postaci Bronisa. Wiedziałem, że musi być kimś, kto ma przygotowanie do pracy policyjnej. Najpierw próbowałem z młodym policjantem, który jeszcze nie został wchłonięty przez system, ale on nie okazał się „godzien” roli Bronisa. Bardzo długo nie mogłem stworzyć postaci, która spełniałaby kryteria i byłaby dla mnie interesująca. Takiej, o której chciałbym się czegoś dowiedzieć podczas wspólnej podróży. W pewnym momencie, kiedy powieść już była mocno zaawansowana, a wciąż jeszcze nie wiedziałem kim jest człowiek, którego los zetknie z psychologiem Romanem Zawadą, przyszedł mi do głowy pies i to on zdefiniował i wykreował Bronisa. Nie jest to jedyna para w „Jeszcze nie teraz”, ale praca nad nią, na początku bardzo ciężka, dała mi po włączeniu psa dużo przyjemności i satysfakcji.
A czy zdarzały się momenty, które określiłby Pan mianem „blokady”?
Długiego braku Bronisa nie nazwałbym barierą, postać nie zrodziła się w bólach, ale interesujących dla mnie poszukiwaniach. Czasami tak jest z moimi postaciami. Długo ich nie dostrzegam, a w pewnym momencie następuje olśnienie i mam nowego kompana do podróży w mojej opowieści. Unikam takich określeń, jak blokada czy niemoc. Mógłbym je zaakceptować, gdybym pisał powieści na zlecenie, według narzuconego pomysłu, co jest ciężką i odpowiedzialną pracą. Nie wiem, czy bym jej podołał. Ja piszę dla przyjemności i pewnie te bolesne bariery omijam podświadomie. Oczywiście, znam, czy też wyczuwam swoje ograniczenia, mam swoje tabu. Są tematy, czy też miejsca akcji, które mnie przerastają merytorycznie, a przede wszystkim emocjonalnie. Nic takiego nie miało miejsca podczas pracy nad „Jeszcze nie teraz”.
Wybiegając myślami w przyszłość, w jakim kierunku chciałby Pan rozwijać swoją literacką drogę? Czy planuje Pan pozostać przy diagnozowaniu ludzkich mroków w ramach kryminału, czy czuje Pan w sobie potrzebę przekroczenia kolejnych gatunkowych granic, by szukać prawdy o człowieku w zupełnie innych krajobrazach?
Z pewnością pozostanę wierny wykorzystywaniu wątku kryminalnego do ukazywania ludzkich wyborów w sytuacjach ekstremalnych. Może kiedyś pokuszę się o umiejscowienie akcji w dystopijnej przyszłości. Parę lat temu napisałem takie opowiadania i miałem bardzo dużo pytań o rozwinięcie tekstu do większej formy. Może akcję przeniosę w przeszłość. Przynajmniej do dobrze mi znanych lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku albo nawet do lat czterdziestych, czy jeszcze wcześniejszych. Mam kilka takich pomysłów „dojrzewających” w szufladzie. Z pewnością będą to wciąż psychologiczne dramaty kryminalne, co najwyżej osadzone poza współczesnością.
Czy w planach są także krótsze formy?
Chciałbym też wydać gotowy już zbiór opowiadań, który na razie grzecznie czeka, aż przyjdzie popyt na krótkie formy. Regularnie czytam i piszę opowiadania. Myślę, że jest to dobry trening pisarski. W czasie wolnym od tworzenia powieści piszę też scenariusze filmowe. Z pewnością zaspokaja to naturalną potrzebę poszukiwania czegoś nowego, ale to jest tylko inny kanał przekazania mojego spojrzenia na ludzi dokonujących wyborów w sytuacjach ekstremalnych. Teraz cieszę się, że „Jeszcze nie teraz” trafiło do czytelników i z przyjemnością pracuję nad drugim tomem cyklu. Mam zajęcie, które daje mi satysfakcję. Jestem przekonany, że zawsze, niezależnie od wybranej formy i miejsca akcji, pozostanę wierny zainteresowaniu człowiekiem i diagnozowaniu motywów, które nim kierują.



