Co się dzieje, gdy autor kryminałów postanawia całkowicie odwrócić zasady gatunku i zamiast śledztwa, na początku serwuje nam ucieczkę mordercy? Piętnaście wersji jednej sceny, bagnista przeszłość dzielnicy Czarne Morze i bohater balansujący na granicy autodestrukcji – to zaledwie początek podróży w głąb Zagłębia. W szczerej rozmowie Michał Śmielak, autor „Czarnego Morza”, opowiada o literackiej manipulacji pogodą, kinematograficznej ciszy przed burzą oraz o tym, dlaczego kryminał coraz mocniej przejmuje współcześnie rolę powieści obyczajowej. Zapraszamy do świata, w którym moralność rzadko bywa czarno-biała, a zła pogoda podąża za człowiekiem niczym żywy cień… Powieść „Czarne Morze” ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca.

Marcin Waincetel: Zastanawiam się, skąd pomysł na tak mocne odwrócenie gatunkowego schematu już na starcie – gdzie zamiast szukać mordercy, obserwujemy jego ucieczkę z rąk policji?
Michał Śmielak: Cóż, po prostu ta scena pojawiła mi się w głowie – ucieczki przestępcy właśnie w taki sposób. Długo obracałem ją w głowie, potem napisałem i zostawiłem na lepsze czasy. Leżakowała chyba kilka lat, aż dojrzał we mnie pomysł na dalszą część. Wtedy przepisałem ją na nowo i jeszcze raz, i jeszcze raz – w sumie powstało chyba piętnaście wersji (śmiech). Gdy sekwencja była według mnie odpowiednio oszlifowana, zasiadłem do pisania reszty…
Piętnaście wersji? Niezbity dowód na to, jak ważny był ten początek. Ale potem przenosi Pan tę historię w bardzo konkretne miejsce. Dlaczego akurat Sosnowiec i dzielnica Czarne Morze? Na ile surowy, postindustrialny krajobraz Zagłębia wpłynął na konstrukcję samej intrygi?
Sosnowiec jako miejsce akcji chodził za mną od dawna. Jestem związany z tym regionem, moja żona stamtąd pochodzi i bywam tam bardzo często. Dodatkowo pracowałem pięć lat na Śląsku, stąd też poznałem to, jak ludzie z Zagłębia patrzą na Ślązaków i na odwrót. W pewnym momencie poczułem pewność, że podołam książce zakotwiczonej właśnie w Sosnowcu. Miałem także skrzydłowego w postaci Krzysztofa Bordy, mojego szwagra, który jest regionalistą i prowadzi własne muzeum – bardzo dużo mi pomógł w kwestiach terenowych, historycznych i obyczajowych.

Ten lokalny koloryt i detale historyczne są bardzo wyczuwalne. Poza samą topografią, uderza też wszechobecny, deszczowy klimat. To był celowy zabieg?
Jeśli chodzi o deszczowy klimat, to mam tak, że pewne pomysły za mną chodzą i wołają o realizację, w dodatku bardzo lubię, gdy w moich książkach pogoda jest jednym z bohaterów. Ta deszczowa, błotnista, brudna i szara atmosfera od dawna pchała się na kartki powieści i gdy przedstawiłem wydawcy swój pomysł, od razu mu przyklasnął. Idealnie do tego pasował mi klimat Kazimierza Górniczego, a właściwie Ostrów Górniczych, czyli zabytkowych dzielnic Sosnowca. Ceglane budynki, bogata przeszłość, wciąż na wpół dzikie tereny.
A sama nazwa dzielnicy? Ma w sobie coś niesamowicie magnetycznego i dusznego zarazem.
Samo Czarne Morze ujęło mnie nazwą i swoją mroczną przeszłością. Wieś w puszczy, w bagnistym terenie, gdzie działali przemytnicy i załatwiano różne porachunki między ludzi, na widok których mleko samo się zsiada. Książka powstawała pod innym tytułem, ale w trakcie prac w terenie natrafiłem na to Czarne Morze i już wiedziałem, jak to się skończy.
W tym mrocznym krajobrazie umieszcza Pan Pawła Hardego – bohatera mocno poturbowanego przez życie. Co było dla Pana największym wyzwaniem w kreowaniu postaci, która balansuje na granicy całkowitej autodestrukcji?
Tutaj muszę stwierdzić, że nie było tak trudno. Mam kilka przykładów ludzi z bliskiego otoczenia, którzy wyrwali się ze szponów nałogu, ale zawsze towarzyszył temu jeden wspólny punkt: cel. Zauważyłem, że zamieniają jedno uzależnienie na drugie, ale tym razem zdrowe. Przykładowo jeden z moich przyjaciół po odstawieniu alkoholu zaczął biegać i osiąga teraz bardzo dobre wyniki, zdobywa nagrody. I ja taki cel musiałem dać Hardemu, a było nim schwytanie człowieka, który go w ten nałóg wpędził. Paweł rozumie, że jeśli sięgnie znowu po kieliszek, morderca ucieknie. To go trzyma w ryzach. Z drugiej strony istnieje obawa, że jeśli nie podoła, to wszystko się zawali. Granie na tych emocjach było wyzwaniem, ale i dobrą zabawą.

W walce z nałogiem i mordercą w powieści pojawia się też głębszy motyw – potworów z dzieciństwa. Czy wierzy Pan, że nasze dorosłe lęki to zawsze jedynie ewolucja tych strachów, które czaiły się pod łóżkiem?
Nie będę tutaj bawił się w psychologa, ale opowiem tylko na moim przykładzie. Gdy miałem kilka lat, pogryzł mnie pies. I mimo mojej wielkiej miłości do czworonogów, nie jestem w stanie zbliżyć się do obcego psa, nawet jeśli wygląda niegroźnie. To jest silniejsze ode mnie. W momencie, gdy się poznamy i zobaczę, że to niegroźny kumpel, lęk znika, ale bariera jest dla mnie nie do przełamania. Zatem wierzę, że lęki z dzieciństwa siedzą w nas już do końca życia.
Przeszłość wraca więc jak echo i determinuje to, kim jesteśmy. Zresztą sam tytuł „Czarne Morze” wydaje się bardzo wieloznaczny – to i miejsce, ale też stan ducha.
Uwielbiam wieloznaczność i zmuszanie Czytelnika do interpretowania na swój sposób tego, co właśnie przeczytał. Bo taki jest właśnie świat, pełen szarości i niejasnych sytuacji. Dziś media podają nam informację, a chwilę później jej interpretację przepuszczoną przez filtr tego, po której stronie sceny politycznej się znajdują. Zatraca się coś, co uwielbiam w dziennikarstwie, czyli bezstronne przekazywanie wiadomości.
Czyli chce Pan powiedzieć, że autor powinien zachować, a czytelnik nadawać wydarzeniom znaczenie?
Ja opisuję scenę, ale to Czytelnik ma sam decyduje, czy to było moralne postępowanie, czy granica przez bohaterów została przekroczona i co on sam by w takiej sytuacji zrobił. Widzę, że to działa, bo na spotkaniach autorskich bardzo często dochodzi do dyskusji z Czytelnikami o tym, czy ten bohater to jest dobry, czy jednak zły, albo dlaczego takie zakończenie książki i co o tym myśleć. Zawsze odpowiadam wtedy: nigdy nie tłumaczę swoich książek. Jeśli powstało pytanie, to dobrze wykonałem swoją pracę, bo taki był cel.
To oddanie głosu czytelnikowi to świetna sprawa. Ale żeby go przykuć, potrzebne są niesamowite emocje. Jak buduje Pan napięcie w określonych scenach?
Nie wiem! Serio, to jest ta część pisania, której nie jestem w stanie rozłożyć na czynniki pierwsze. Po prostu wczuwam się w dany nastrój, przenoszę się tam „w głowie” i piszę. Staram się przelać na papier to, co sam czuję, po prostu. W głośnym świecie cisza jest czymś niecodziennym, niepokojącym.
Cisza w dzisiejszym świecie rzeczywiście bywa wręcz nienaturalna.
Lubię ją, mam nadwrażliwość na dźwięki i często w miejskim zgiełku czy nawet w restauracjach siedzę w słuchawkach wyciszających otoczenie. Gdy ktoś w lokalu przesuwa ze zgrzytem krzesło, to odczuwam niemal fizyczny ból. Może jest to także pokłosie tysięcy obejrzanych filmów, horrorów, gdzie tuż przed główną akcją musi nastąpić „cisza przed burzą”? Moje książki widzę w głowie właśnie jako film i tak staram się budować fabułę.
Skoro o filmowości mowa: w książce obserwujemy kapitalne starcie dwóch silnych osobowości – łowcy i ofiary. Czy podczas pisania łatwiej jest Panu wejść w skórę zdeterminowanego śledczego czy nieprzewidywalnego mordercy?
W tym przypadku ten zły powstał pierwszy, dopiero po nim zbudowałem śledczego. Ja wchodzę w skórę każdej swojej postaci, nawet pobocznej. Jeśli mi nie idzie, zmieniam bohatera, buduję od nowa. Wszystko jest istotne, nawet imię.

Zarówno śledczy, jak i morderca muszą lawirować w skomplikowanym środowisku. Istotnym wątkiem powieści są nieoczywiste sojusze i trudne relacje wewnątrz systemu. Czy uważa Pan, że w świecie nowoczesnego kryminału „czystość” bohatera, taki klasyczny podział na czerń i biel, jest jeszcze w ogóle możliwa?
Myślę, że w kryminale wszystko jest możliwe, o ile autor potrafi to przekazać Czytelnikowi tak, aby ten mu uwierzył. Bohater bez skazy w pogoni za przestępcą? Oczywiście. Jak najbardziej. Ba! Jakież to daje pole do popisu, ile dylematów moralnych nagle się pojawia, iskrzących interakcji między postaciami. Chciałbym to przeczytać! Może nawet napisać.
Mam nadzieję, że kiedyś Pan napisze! Bo na razie Paweł Hardy ma tych skaz całkiem sporo, a cała książka mocno traktuje o winie i odkupieniu. Czy wierzy Pan, że literatura kryminalna to w ogóle dobre miejsce na zadawanie tak trudnych, niemal egzystencjalnych pytań?
Ostatnio usłyszałem w trakcie jednej z dyskusji literackich, że kryminał powoli przejmuje rolę literatury obyczajowej, bo autorzy coraz częściej skupiają się nie na samej zbrodni, przemocy, ale właśnie motywacjach i aspekcie społecznym. Zgadzam się. To przecież zabójstwo najmocniej wstrząsa lokalną społecznością, a za nim zawsze stoi sprawca, który przecież miał jakiś motyw.
Zbrodnia jako katalizator, który obnaża prawdę o nas wszystkich?
Często musiało wydarzyć się naprawdę wiele, aby popchnąć go do tego czynu. To po takim wydarzeniu sąsiedzi rozmawiają w sklepach o tym, co się stało, snują domysły, dociekają przyczyn, często znika poczucie bezpieczeństwa. Kryminał to literatura rozrywkowa, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby przy okazji dać Czytelnikowi powód do refleksji nad tym: dlaczego?
Gdyby miał Pan opisać klimat „Czarnego Morza” tylko trzema przymiotnikami, które najlepiej oddawałyby emocje towarzyszące lekturze, co by to było?
Mrocznie. Deszczowo. Paskudnie.
I ten deszcz z pańskiej krótkiej charakterystyki niemal wylewa się z kartek. Czy traktuje Pan pogodę i aurę jako świadome narzędzie do manipulowania emocjami czytelnika, czy to raczej naturalny, nierozerwalny element krajobrazu Zagłębia?
Przyznaję się, że manipuluję! Bez dwóch zdań to ułatwia przekazanie emocji. Zresztą pogoda to jest coś, co każdy z nas zna i jeśli widzisz kogoś po raz pierwszy, to wystarczy rzucić „dawno nie padało” i zaraz dyskusja się rozkręca, lody przełamane. To wspólny temat dla każdego Polaka, a ja jestem maniakiem, który obserwuje burze, sprawdza prognozy i zna każdy rodzaj chmur.

„Czarne Morze” zostawia nas jednak z pytaniem o to, czy z pewnych życiowych „odmętów” da się w ogóle wypłynąć. Jako autor lubi Pan dawać swoim bohaterom i czytelnikom chociaż odrobinę nadziei, czy woli Pan pozostawiać ich w sferze niepokojącej niepewności?
Muszę uczciwie zaznaczyć, że… najchętniej to wszystkich bohaterów na końcu książki bym uśmiercił. „Gra o tron” to dla mnie opowieść idealna. Niestety, w kryminale to się nie sprawdza i coś trzeba w finale wymyślić, aby Czytelnik był zadowolony. Stąd jednych wyrywam z odmętów, innych w nie wpędzam.
Ale jakiś kompromis z oczekiwaniami czytelnika musi istnieć?
Lubię jednak, gdy moi bohaterowie na końcu osiągną swój cel, zrozumieją postępowanie własne, ale i przeciwnika, oraz gdy finał jest niejednoznaczny moralnie. Bo życie takie jest. Mamy kodeksy, regulaminy, ale nie wszystko da się w nich zawrzeć, nie wszyscy się z nimi zgadzamy. Wciąż dyskutujemy o karze śmierci, widzimy jak drogowi mordercy unikają kary albo jest ona nieadekwatna do winy. Taki jest świat i tak lubię o nim pisać.
I pisze Pan o nim niezwykle sugestywnie. Po tak mrocznej i intensywnej wyprawie do Sosnowca, jakie są Pana najbliższe plany literackie?
Obecnie pracuję nad kontynuacją przygód komisarza Pawła Hardego. Miało być słonecznie, ale okazuje się, że zła pogoda podąża za nim niczym cień. A w cieniu zło doskonale potrafi się schować.

Michał Śmielak – rocznik ’79. Mieszka w Sandomierzu, zatem zbrodnie i rozwiązywanie zagadek kryminalnych ma w genach.
Jeden z najciekawszych polskich autorów kryminałów. Opublikował dotąd kilkanaście samodzielnych powieści w kilku cyklach (m.in. Osada, Wilcza chata, Regiel, Śnieg przykryje) oraz jedną wspólnie z Mieczysławem Gorzką pt. Cienie dawnych grzechów. Uwielbia osadzać akcję swoich książek w górach, małych społecznościach i przyprawiać je szczyptą mroku i strachu. Bohaterami powieści są często zwyczajni ludzie
postawieni w niezwyczajnych sytuacjach, przez co czytelnik staje przed pytaniem: „Jak postąpiłbym w obliczu zagrożenia?”.
Fascynuje się polską demonologią ludową, lokalnymi wierzeniami, tradycjami i kulinariami, co ma odzwierciedlenie w jego książkach. Jest wielkim miłośnikiem wolności, którą odnajduje na górskim szlaku, za kierownicą motocykla, a najczęściej podczas pisania kolejnej powieści



