John Patton Ford, a więc reżyser, który w „Na złej drodze” pokazał nam, jak długi i bolesny jest upadek klasy średniej, tym razem zmienia filmowe narzędzia. Ford odkłada brudny realizm na półkę i sięga po wypolerowany skalpel czarnej komedii. Efektem „Przepis na morderstwo”! Artystycznie zuchwały, formalnie nieoczywisty manifest gatunkowy, którego twórca bierze na warsztat klasykę brytyjskiego humoru i przepuszcza ją przez filtr współczesnej komedii kryminalnej oraz psychologicznej satyry. Fenomenalne kino!

Dziedzictwo w cieniu Excela
Ford wykonuje ruch ryzykowny: bierze fundamenty kultowego filmu „Szlachectwo zobowiązuje” (1949) i przenosi je z dystyngowanych dworków do świata, gdzie jedynym szlachectwem jest dodatnie saldo na koncie. I tam właśnie, gdzie Alec Guinness z brytyjską flegmą eliminował kolejnych d’Ascoyne’ów, by odzyskać tytuł, tam Glen Powell jako rodzinny parias amerykańskiej familii metodycznie wykreśla nazwiska z listy spadkobierców, by dorwać się do finansowego Olimpu.

I nie da się ukryć, że Powell jest w tej roli absolutnie magnetyczny. Odgrywa człowieka sukcesu nowej ery – kogoś, kto morderstwa nie traktuje jak zbrodni namiętności, lecz jak optymalizację kosztów. Wydaje się zresztą, że jego bohater to w zamierzeniu produkt naszych czasów: narcystyczny, skupiony na celu, przekonany, że każda przeszkoda na drodze do fortuny jest jedynie błędem w systemie, który należy usunąć. Ford, korzystając z różnych narzędzi narracyjnych, wciąga nas w tę chorą logikę. W pewnym momencie złapiemy się na tym, że zaczynamy mu kibicować. To perwersyjne, ale w świecie rządzonym przez bezduszną płynność finansową, jego pragmatyzm wydaje się wręcz… uczciwy.
Chemia z domieszką arszeniku
Najciekawsze rzeczy w „Przepisie na morderstwo” dzieją się jednak nie wtedy, gdy krew plami drogie dywany, ale gdy Powell staje naprzeciw kobiet. To w tym miejscu reżyser zadaje najważniejsze pytania o naturę zła i bliskości.

Margaret Qualley to żywioł. Jej postać wyczuwa mrok bohatera, ale zamiast uciekać, zdaje się nim karmić. Ich relacja jest brudna, podszyta niebezpieczeństwem i intelektualną grą, która napędza film bardziej niż jakikolwiek thrillerowy zwrot akcji. Z drugiej strony mamy obietnicę „normalności” – relację, która sugeruje, że pod garniturem psychopaty bije serce spragnione zwykłego ciepła. Ten nieoczywisty konflikt: wendetta kontra czułość, jest sercem filmu. Ford pyta nas bez ogródek: czy można kochać, mając dłonie umazane krwią własnej krwi?
Satyra, która gryzie do kości
„Przepis na morderstwo” to film, który w aspekcie wizualnym jest rzemieślniczym popisem. Ford z chirurgiczną precyzją portretuje amerykański korporacjonizm, w którym millenialskie dzieci rekinów biznesu nie wierzą w nic poza własnym wizerunkiem. To świat wyprany z wartości, gdzie pojęcie i etos szlachectwa zostało zastąpione przez algorytmy sukcesu.

Czy jest to film idealny? Nie. Bywają chwile, kiedy Ford zbyt mocno wykorzystuje elementy związane z konwencją satyry, przez co rytm thrillera zaczyna niebezpiecznie tracić na znaczeniu. Niektóre gagi wydają się zbyt jaskrawe na tle lodowatego mroku głównej osi fabularnej. Jednak ta „nierówność” jest paradoksalnie największą zaletą filmu. Tak naprawdę to kino w pewnym sensie autorskie, złośliwe, momentami wręcz obrzydliwie cyniczne.
„Przepis na morderstwo” to kino wyjątkowo przewrotne, które zmusza widza do wejścia w niebezpieczny sojusz z bohaterem – Ford konstruuje narrację tak umiejętnie, że nasze moralne kompasy zaczynają wariować, a my sami dajemy się wciągnąć w tę amoralną grę o najwyższą stawkę. Jest w tym filmie coś niepokojąco angażującego; to nieczęsty rodzaj czarnej komedii, która zamiast oferować łatwe odpowiedzi, zostawia nas z pytaniem o cenę naszej własnej wygody.



