25 marca odbyła się premiera nowej powieści Piotra Glińskiego, autora, który z chirurgiczną precyzją opowiada o sekretach zapisanych w genotypie zbrodni! Czekacie na „Ósmy grzech”? Zapraszamy do zapoznania się ze specjalnym fragmentem nieoczywistego kryminału Piotra Glińskiego. To proza, w której zbrodnia uderza z równą siłą w ciało, co w metafizyczną strukturę duszy – wejdźcie w świat komisarza Dusznego, zanim demony Sopotu ostatecznie przejmą kontrolę. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Harper Collins Polska.

1
Rozgrzane od upału płyty chodnikowe sprawiały wrażenie białych w słońcu. Julia Skalska czuła duszność od samego patrzenia, choć jej stolik stał w cieniu rzucanym przez wielki kawiarniany parasol i akurat tu dawało się oddychać.
Takie wrześniowe gorączki nie zdarzały się często. Nie w Polsce. Nie w Sopocie.
Dusiła się tu od tygodnia i wciąż nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie, po co właściwie przyleciała. Nie odwiedziła nikogo ze znajomych. Unikała miejsc kiedyś dla niej ważnych – wszystkich, z wyjątkiem cmentarza. A skoro tak, to po co wróciła do miasta, do którego wracać nie było jej wolno? Mogła mieć dla siebie cały świat. Cały, z wyjątkiem Trójmiasta.
Piła kawę w nadmorskiej kafejce, drżała na myśl, że ktoś ją przypadkiem rozpozna, i gotowa była przyznać się do porażki.
Powrót był pomyłką. Miał coś w niej zmienić, nie zmienił nic. Nie czuła zaskoczenia. Żeby tak mogło się stać, musiałaby skonfrontować się z przeszłością, ujawnić swoją obecność, spojrzeć w oczy Wujkowi Lu.
A skoro z całą pewnością akurat tego nie zrobi, pozostało jej tylko jedno: po raz kolejny zadać sobie to samo pytanie: co ja tu robię?
I po raz kolejny zmierzyć się z brakiem odpowiedzi.
Przy sąsiednim stoliku jakaś kobieta wyraziła głośne zdumienie. Nie była dużo starsza od Julii, mogła mieć dwadzieścia osiem lat, ale malowała się jak osoba znacznie dojrzalsza. I wydawała się o całe wieki szczęśliwsza, o ile takie coś jak szczęście dało się rozpoznać po brzmieniu głosu.
– Jak to możliwe? – Kobieta nachyliła się do siedzącego obok mężczyzny. Głęboki dekolt odsłaniał jej nieskazitelny biust, a na opalonej skórze perlił się niczym złota kropla mały wisiorek. To na ten wisiorek lub na ten biust bez skrępowania gapił się mężczyzna. Kobieta zapytała pośpiesznie: – Dlaczego ludzie robią takie rzeczy?
– W każdym człowieku tli się płomień samozniszczenia – odparł obojętnie.
Julia nie chciała ich podsłuchiwać, ale rozmawiali głośno i przyznała mężczyźnie rację. We mnie też to jest, pomyślała. W Vancouver była bezpieczna, miała dwa apartamenty, perspektywy na pracę i zalążek szczęśliwego życia osobistego, który miał na imię Silas i patrzył w nią jak w obraz. W Sopocie czekały na nią jedynie mroczne wspomnienia i niewiadoma, co się stanie, jeśli o jej przyjeździe dowiedzą się ludzie, przez których musiała wyjechać.
– Ma jeszcze jakąś szansę? – spytała ze smutkiem kobieta. Już nie była taka szczęśliwa.
– Wkrótce straci ostatnią.
Jej smutek udzielił się Julii. Ktoś coś tracił, tak jak ona. A kiedy traci się samą siebie, nie można przed tym uciec. Nie wystarczy wyjechać do Kanady i wydawać pieniądze Wujka Lu, nie wystarczy widok z okna na Granville Island. Nie wystarczą nawet otaczający cię ludzie bez trosk. Bo ciebie z nimi nie ma. Cały czas tkwisz w przeszłości jak owad zatopiony w bursztynie.
Julia sięgnęła po kubek z kawą. Poczuła się zmęczona. Kobieta mocniej nachyliła się do mężczyzny.
– Opowiedz mi o niej – powiedziała ciszej.
– Po co?
– Jestem ciekawa.
– Miała dziewiętnaście lat, gdy ktoś nocą podpalił dom jej rodziców. Oboje zginęli.
Julia zastygła z kubkiem przy ustach. Mężczyzna opowiadał jej historię. Niemożliwe, że jej. Komuś jeszcze przytrafiło się coś podobnego.
– A dziewczyna? – spytała kobieta.
– Też była wtedy w domu. Umarłaby, gdyby nie Wujek Lu, który wyniósł ją z ognia. Pozostały mu po tym paskudne pooparzeniowe blizny.
Julia opanowała się. Pomyślała o tym, kim byli ci ludzie i jak to możliwe, że nie tylko rozmawiali o niej po ośmiu latach od tamtych wydarzeń, ale robili to właśnie tutaj, gdy siedziała obok.
Żadne z nich ani razu na nią nie spojrzało, ale przyszła tu pierwsza, oni pojawili się chwilę po tym, gdy kelnerka podała jej kawę. Umysł Julii pracował na pełnych obrotach. Ten fakt uznała za znaczący.
– Co dalej się z nią działo? – spytała kobieta.
– Wujek Lu był przyjacielem jej ojca. Zaopiekował się dziewczyną, troszczył się, żeby miała wszystko.
– Kochany Wujek Lu.
– Wysłał ją na studia za granicę i tam ustawił. Z ważnych powodów zabronił kiedykolwiek wracać.
– Gdzie ona teraz mieszka?
– W Vancouver. Piękne miasto dla pięknej dziewczyny. Mogłoby takie być.
– Dlaczego wróciła?
Pytanie zawisło w powietrzu. Julia obserwowała ich kątem oka, pochłoniętych sobą, a już z pewnością niepatrzących na nią.
– Nie wiem, ale to głupie z jej strony. Wujek Lu nie bez powodu wyprawił ją z Polski. Nie lekceważy się poleceń Wujka Lu.
Julia z trudem się powstrzymała, żeby nie opuścić kawiarni. Wrócił do niej początek rozmowy tych ludzi. „Płomień samozniszczenia”, od tego zaczął mężczyzna. Wtedy też mówili o niej.
– A ta szansa? – spytała kobieta. – Co dziewczyna może jeszcze zrobić?
– Natychmiast wyjechać. Wrócić tam, skąd przyjechała. Uciekać. Uciekać. Uciekać.
Julia odszukała wzrokiem kelnerkę. Gdy płaciła należność, para przy stoliku obok milczała. Kobieta usiadła wygodniej, wystawiając spod parasola twarz do słońca. Mężczyzna gapił się przed siebie.
Julia sztywno wstała i weszła na rozpalony chodnik. W wielkich szybach kawiarni widziała odbicie tamtych ludzi. Nawet teraz żadne z nich nie spojrzało w jej stronę.
Zdawali się całkowicie nieświadomi jej istnienia.
Ale Julia miała poczucie, że patrzy na nią tysiące oczu. A każde z nich należy do Wujka Lu.
2
Komisarz Przemysław Duszny skończył odczytywać treść zawiadomienia o przestępstwie i spojrzał na siedzącego po drugiej stronie stołu mężczyznę.
– Zgadza się? – spytał.
Mężczyzna przytaknął. Nazywał się Rajmund Ramski, miał kłopoty i usiłował sobie z nimi poradzić, przychodząc na komendę policji. Zdaniem Dusznego był to kiepski pomysł.
– Proszę podpisać. – Podał Ramskiemu długopis.
– Widzi pan – powiedział powoli Ramski – nigdy bym do nich nie poszedł, gdyby nie choroba dzieciaka. Ale nie miałem wyboru. Gdy coś takiego się dzieje, człowiek traci rozsądek. Chce wydostać pieniądze choćby i z piekła, aby tylko było na leczenie.
– Tak – rzekł Duszny.
– Banki nie chciały słyszeć o pożyczce, przyjaciele odwrócili się plecami. Zostało mi tylko to.
– Już pan to mówił.
– Naprawdę? – Ramski nachylił się nad biurkiem. Był nieogolony, w oczach miał ten rodzaj szaleństwa, który Duszny doskonale znał. Widywał go nie od dziś, bo nie od dziś służył w policji. – Dopiero później się dowiedziałem, że firma, z którą podpisałem umowę, należy do Ludwika Narczyńskiego.
– Do Wujka Lu – podpowiedział Duszny. Ramski najwyraźniej wciąż się upewniał, że policja nie jest niekompetentna i zna choć trochę układy panujące w mieście.
– To prawda, co o nim mówią?
– Wujek Lu kocha tradycję. Łamie dłużnikom nogi, jeśli o to pan pyta.
Ramski oblizał wargi. Długopis wciąż trzymał w dłoni, ale jeszcze się wahał. Każdy miał prawo się wahać, zanim zrobi coś tak głupiego, jak zawiadomienie policji, że egzekutorzy Wujka Lu domagają się spłaty długów. Duszny go nie popędzał.
– Wyprawiłem żonę z dzieciakiem do matki. Boję się, że ci ludzie ich skrzywdzą. Boję się wielu rzeczy.
– Ma pan powody.
– Ale zajmiecie się tym? – Wskazał leżące na stole papiery.
– Od tego jesteśmy.
– Bo oni…
– Egzekwowanie spłaty zobowiązań przemocą jest przestępstwem.
To go uspokoiło. Podpisał zawiadomienie. Ludzie, którzy wpadli w spiralę długów, odmierzają czas inaczej niż reszta świata. Za kolejną godzinę prolongaty popełnią każde głupstwo, które w gruncie rzeczy postawi ich w jeszcze gorszej sytuacji, ale ta godzina jest dla nich wszystkim. Wypełnia w ich umyśle całą wolną przestrzeń, nie zostawiając miejsca na nic więcej.
A potem godzina mija i gotowi są oddać duszę za następną.
Ramski właśnie to robił. Odsuwał jedne problemy, brnąc w inne.
Było gorąco. Kończyło się kolejne upalne popołudnie odchodzącego lata. Za oknami drzewa dźwigały liście spalone od słońca, pachniało idącym od morza wiatrem, ale tutaj, na komendzie w Sopocie, w tym pokoju, cuchnęło długami. Długi mają swój charakterystyczny odór. Komisarz go nienawidził.
– Może pan wracać do domu – powiedział.
– Do domu – powtórzył Ramski.
Na jego twarzy odmalowało się przerażenie, jakby właśnie zdał sobie sprawę, że nadszedł moment, kiedy trzeba opuścić budynek, który stał się dla niego schronieniem.
– Co teraz będzie? – spytał cicho.
– Wezwiemy ludzi, których pan podał w zawiadomieniu. – Duszny wyrównał kartki na biurku. – Przesłuchamy ich.
– Tylko tyle?
– Od tego zaczniemy.
– Co będzie ze mną?
Tak, to było pytanie, które domagało się odpowiedzi, ale zostało zadane zbyt późno. Ramski powinien zadać je sobie wcześniej. Dużo wcześniej. Zanim tu przyszedł albo jeszcze wcześniej. Zanim pożyczył pierwsze pieniądze.
Duszny miał dla Ramskiego kilka pomysłów. Ale miał również zasadę, że dobrych pomysłów nie oddawał za darmo. Zresztą złych też nie.
– Odwiozę pana do domu.
Wiedział, że Ramski dwa miesiące wcześniej musiał sprzedać samochód.
Na twarzy nieogolonego mężczyzny pojawił się wyraz ulgi.
Oto zyskiwał jeszcze jedną godzinę.
3
Gdy wsiedli do zaparkowanego przed komendą radiowozu bez oznaczeń, Ramski z niedowierzaniem zaczął rozglądać się po wnętrzu BMW 330i. Na polecenie Dusznego zapiął pas i uczynił to niemal z nabożeństwem.
– Jeździcie teraz takimi maszynami?
– Świat się zmienia.
Zaszumiała klimatyzacja, a samochód wyrwał przed siebie. Ramski milczał, gdy jechali na Kraszewskiego, gdzie mieszkał. Zatrzymali się przed wysokim blokiem z początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Blok był wielokrotnie przemalowywany, a obecnie przystrojono go w kolory bordo i brudną żółć.
Duszny wyłączył silnik samochodu.
– Zaprosi mnie pan? – spytał. – Napiłbym się wody.
Ramski popatrzył podejrzliwie, ale skinął głową. W dwupokojowym mieszkaniu na trzecim piętrze udał się do kuchni, a Duszny poczekał w pokoju gościnnym. Urządzony był dokładnie tak, jak można się było spodziewać: stare meble, naddarta firanka przy oknie balkonowym, żadnych sprzętów, które miały jakąkolwiek wartość i można by je wynieść. Na regale stał kamionkowy wazon ze zwiędłymi kwiatami. W rogu pomieszczenia utknął wyblakły plastikowy wóz strażacki. Miał tylko trzy koła.
Wrócił gospodarz. Przyniósł dwie szklanki i plastikowy dzbanek.
– Woda tylko z kranu – powiedział. – Nie mam mineralnej.
– Ponuro tu u pana.
– Z żoną i małym jest inaczej.
Duszny wątpił w te słowa. Napił się i odstawił szklankę na stół przykryty czymś, co lata temu mogło być obrusem.
– Widzi pan – mruknął komisarz – choroba dziecka to coś, co może poruszyć nawet najtwardsze serca. Choćby serca zbójów Wujka Lu.
Ramski popatrzył na Dusznego z nadzieją.
– Myśli pan? – powiedział cicho.
– Tak myślę.
– Daliby mi… czas?
– Jest taka możliwość. Mógłbym pogadać z Lu w pana sprawie.
W oczach Ramskiego znowu pojawiła się podejrzliwość. Oblizał wargi. Szklanka w jego dłoni zadrżała.
– Szanujemy się wzajemnie – powiedział Duszny. – Ja działam zgodnie z prawem i nie próbuję mu przypiąć rzeczy, z którymi nie ma nic wspólnego. On to docenia.
– Zrobi pan to dla mnie?
– Ale od czego zacznę? Powiem, że złożył pan zawiadomienie na komendzie? Wisi mu pan pieniądze, donosi na niego policji… Trudny początek rozmów.
– Chodzi o chore dziecko.
– Tak. – Duszny podszedł do okna i popatrzył na ulicę przed blokiem. – Kłopot w tym, że oni wiedzą, że z tym chorym dzieckiem to skomplikowana sprawa. Nie wysłał pan żony do matki, sama uciekła, bo jest pan hazardzistą i ćpunem, tłukł pan ją oraz dzieciaka. Biciem zmusił ją pan, by dała panu pełnomocnictwo do sprzedaży waszego wspólnego mieszkania. Tego mieszkania. To dodatkowo utrudnia sprawę, bo Wujek Lu jest rodzinnym człowiekiem i boli go, gdy ktoś tak traktuje najbliższych.
– Dzieciak jest ciężko chory… – zaczął Ramski.
Przerwał, bo Duszny odwrócił się do niego i uniósł ostrzegawczo dłoń:
– Ma lekką anemię, ale pan go nie leczy. Wujek Lu wie także, że zadłużył się pan nie tylko u niego, choć uważa, że spłata właśnie jemu to powinien być dla pana priorytet. A kto wie, czy kiedy dostanie pan pieniądze do ręki, nie wpadnie pan w jeden z tych swoich ciągów i nie wytraci pan wszystkiego w kasynie. Wujek Lu uważa, że należy pana zdyscyplinować.
Ramski przyłożył dłonie do twarzy i zaczął szorować nimi po skórze, jakby chciał ją zedrzeć.
– Skąd pan wie, że sprzedaję mieszkanie? – spytał jeszcze ciszej.
– Ziemia w tym mieście krzyczy, gdy ktoś nie oddaje długu. To, że wiem, to dla pana szansa. Niech pan tu podejdzie.
– Po co?
– Chodź pan tu. – Ramski się nie poruszył, patrzył na Dusznego z obawą. Komisarz znowu odwrócił się do okna. – Chcę panu coś pokazać.
W końcu zbliżył się i stanął obok Dusznego.
– Tam, w dole, na podwórku… – Duszny poruszył brodą. – Widzi pan?
– Jacyś ludzie.
– Nie poznaje ich pan?
Ramski pokręcił głową.
– To ludzie Wujka Lu – rzekł Duszny. – Chyba czekają, aż wyjdę.
Ramski zrobił się blady.
– Czego od pana chcą?
– Zaczyna się pan robić dowcipny.
– I co ja mam teraz zrobić?
– Zapłacić im.
– Nie mam czym.
Duszny usiadł przy stole i nalał sobie więcej wody z dzbanka. Ramski wciąż gapił się w dół jak zahipnotyzowany.
Ludzie czekający przed blokiem nie byli od Wujka Lu, ale on tego nie wiedział, co nie miało specjalnego znaczenia, choć ułatwiało sprawę.
Ramski nagle się cofnął.
– Pomachali mi – szepnął.
– Ma pan już umowę przedwstępną – rzekł Duszny. – Dostał pan dziesięć procent zadatku w gotówce. Gdzie te pieniądze?
– Skąd pan wie?
Duszny w milczeniu powoli sączył wodę.
– To nie wystarczy – powiedział Ramski. Usta miał zbielałe. – Dostałem na razie sześćdziesiąt tysięcy, to nawet nie jest połowa długu u Wujka Lu. Pół roku temu pożyczyłem siedemdziesiąt tysięcy, do spłaty mam dwieście pięćdziesiąt. Jak tak można?
– Byłoby mniej, gdyby pan płacił w terminie.
– Resztę dostanę za pięć dni, ale ci faceci od Lu nie chcą już czekać.
– Daj pan to, co masz. Zejdę do nich, zapłacę i każę im czekać na resztę.
– Oni nie chcą czekać – powtórzył z rozpaczą.
– Poczekają.
– A – Ramski niemal się dławił słowami – tamci drudzy?
– Którzy?
– Ci, co też jestem im winien. Ci od Kajetana.
Duszny wzruszył ramionami. Ramski wcześniej nie wspomniał słowem o drugim wierzycielu, choć oczywiście komisarz o nim wiedział.
– Najpierw zajmij się pan tymi, których pan masz pod domem.
– Policja mnie nie ochroni?
– Powiem panu, co pan zrobi. – Duszny rzucił na stół wizytówkę. – Tu jest numer do adwokata. Zadzwoni pan do niego, powoła się na mnie i powie, że to pilne. On natychmiast załatwi panu notariusza, a pan udzieli adwokatowi notarialnego pełnomocnictwa na zawarcie transakcji sprzedaży mieszkania w pana imieniu. – Ramski chciał coś powiedzieć, ale Duszny powstrzymał go gestem. – Natychmiast po załatwieniu formalności pójdzie pan do jakiegoś sklepu lub na stację benzynową i coś ukradnie. Da pan się złapać, ale w trakcie zatrzymania uderzy pan funkcjonariusza. Trafi pan na dołek i ja tam pana przytrzymam.
– Po co?
– Aż pieniądze ze sprzedaży trafią na pana konto, ja je stamtąd podejmę i spłacę pana wierzycieli. Niech pan mi da kartę do swojego konta w banku.
– Kartę?
– Niewyraźnie mówię? Gdy kasa za mieszkanie wpłynie, w pana imieniu spłacę Lu i Kajetana, a pozostałe pieniądze wyśle pan żonie na leczenie małego. Dopilnuję tego.
Ramski gwałtownie się wyprostował.
– Co ze mną?
– Będzie pan czysty. Postaram się, żeby potraktowano pana ulgowo za kradzież na stacji i uderzenie policjanta. Trochę pan odsiedzi, ale takim jak pan dobrze to robi.
– Nie zostanie mi nic.
Duszny nieśpiesznie się zbliżył i poklepał Ramskiego po policzku.
– Dawaj kasę.
– Nie mam jej tutaj.
Duszny uderzył go w twarz.
– Dawaj albo ich ściągnę na górę.
Ramski podszedł do kredensu i wyjął z wazonu zwiędłe kwiaty, potem usiłował włożyć rękę do środka, ale dłoń miał zbyt szeroką i był z tym problem. Duszny go odsunął, wziął wazon, upuścił na podłogę i kamionka się rozprysła. Podniósł z podłogi sześć spiętych banderolami plików, które schował do kieszeni marynarki.
– Teraz karta – rzekł.
Ramski podał mu kartę debetową z wizerunkiem pingwina.
– PIN?
Ramski podał mu PIN, a Duszny poświęcił chwilę, aby go zapamiętać.
– Ustaw limit jednorazowej wypłaty na co najmniej dwadzieścia tysięcy. I limit dzienny na dwieście tysięcy. Ja wyjdę i pozbędę się tamtych spod bloku, a ty dzwoń do adwokata.
Przed blokiem blisko śmietnika stało dwóch wysokich mężczyzn w czarnych koszulkach. Silnie zbudowani, o łysych łbach, zdawali się nie zwracać na Dusznego uwagi.
Komisarz wyjął legitymację.
– Dokumenty proszę.
– O co chodzi? – odezwał się wyższy. Powieki fałdami opadały mu na oczy, przez co sprawiał wrażenie zaspanego.
– Tu nie wolno stać.
– A niby czemu?
– Bo ja nie pozwalam.
Wymienili spojrzenia, ten z opadającymi powiekami wykonał ledwo dostrzegalny ruch głową i obaj odeszli do mercedesa zaparkowanego pod znakiem zakazu postoju. Ruszyli z piskiem opon i po chwili już ich nie było.
Duszny spojrzał w okno mieszkania na trzecim piętrze. Ramski tam stał, za firanką, ale przez porwaną siateczkę było go dobrze widać.
Głupi fiut, pomyślał Duszny i ruszył do samochodu.
4
Gdy Duszny przyjechał do Jacka Muchy na Przymorze w Gdańsku, Ramski od dwóch godzin siedział już w celi na komendzie. Miał pysk rozbity na miazgę, bo gdy uderzył policjanta z patrolu, spotkał się z adekwatną reakcją.
Duszny go nie żałował. Uważał, że takich gnojków, którzy rzucają się na policjantów, należy tępić wszelkimi sposobami.
Jacek Mucha po śmierci Zygi został najważniejszym ze współpracowników Wujka Lu i mieszkał w wygodnym apartamencie na siedemnastym piętrze jednego z budynków w kompleksie Cztery Oceany. Z zawodu: egzekutor długów. Z zamiłowania: zbieracz bursztynu. Fascynowały go owady zastygłe w żywicy i nie miało to nic wspólnego z jego nazwiskiem. Poświęcał im cały wolny czas. Wysoki, mocno zbudowany, miał wyjątkowo długie ręce i sękate palce, których przeznaczeniem było łamanie podków, nie robota precyzyjna. A jednak Duszny często widywał go, jak pochylony nad przyściennym biurkiem w salonie, ze szkłem powiększającym w dłoni, dłubał w jakimś kawałku bursztynu.
– Marnujesz życie – powiedział Duszny, wchodząc.
Na blacie także teraz leżało mnóstwo bursztynu. Mucha, który otworzył mu drzwi, wrócił na krzesło przy biurku i ostrożnie obrócił w tych swoich paluchach kawałek żywicy wielkości pięści. Sprawiło mu to wyraźną przyjemność.
– Co z Ramskim? – spytał.
Duszny rzucił między bursztyny cztery pliki banknotów.
– Zapłacił mi sześć dych.
Mucha odłożył bursztyn i podniósł jeden z plików. Obejrzał go dokładnie, ale nie liczył. Po kolei, z narastającą ciekawością, oglądał kolejne pliki. Twarz miał płaską, raczej nieruchomą, emocje kryły się bardziej w oczach.
– Tu jakby jest tylko czterdzieści.
– Potrąciłem swoją prowizję.
– Trzydzieści trzy procent?
Duszny z westchnieniem ulgi siadł na kanapie, rozłożył ręce szeroko na oparciu i wyciągnął przed siebie nogi. To była wygodna kanapa i lubił tu siadać.
– Żałujesz mi? – mruknął. – Wziąłem faceta do siebie na stancję. Troszczę się. Za parę dni zapłaci wam resztę.
– A ty znowu potrącisz sobie prowizję?
– Ty mi ją wypłacisz.
Mucha wzruszył ramionami. Jednym szybkim ruchem zgarnął wszystkie pieniądze, wstał i umieścił je w sejfie w ścianie. Poprawił włosy na głowie, które lekko mu się zsunęły. Nosił peruczkę. Do długiej listy jego wad zaliczała się próżność.
– Robisz się chciwy.
– Lepiej chciwy niż leniwy.
– Mnie wszystko jedno, ale zobaczymy, co na to Wujek Lu.
– Powie, że dobre usługi kosztują.
– Gorzej, jeśli uzna, że nas okradłeś.
– Na pewno nie. Wliczyliście moją prowizję w cenę.
Mucha pokręcił głową z podziwem. Duszny wiedział, że podziw był nieudawany.
– Jak ty to robisz? – Przyglądał się Dusznemu z tym skupionym wyrazem płaskiej twarzy, który przybierał czasem nad wyjątkowym okazem owada zatopionego w bryle żywicy.
– Co?
– Jak, kurwa, utrzymujesz się na powierzchni? Że też jeszcze nikt cię nie usadził.
– Kto?
– Policja, dziennikarze, my…
– Ciężko pracuję.
– Dla nas.
– Ludzie doceniają, gdy ktoś ciężko pracuje, dlatego się nie czepiają.
Mucha ponownie wzruszył ramionami. Zasiadł przy swoim biurku, wyszukał niewielkie precyzyjne dłuto, którym zaczął dłubać w dużym kawałku półprzezroczystej masy, ale efekt mu się nie spodobał i odłożył narzędzie.
– W końcu przejedziesz się na tym, bez dwóch zdań.
Wziął do ręki coś, co wyglądało jak pilniczek, i delikatnie potarł ostrą krawędź bryłki. Zajęcie to całkowicie go pochłonęło. Zdawał się nie pamiętać o Dusznym, o Ramskim, pieniądzach ani o żadnej z tych nieprzyjemnych rzeczy. Istniał tylko ten kawałek zastygłej żywicy.
Duszny go podziwiał. Mucha coś przebąkiwał, że wkrótce ma zamiar wyjechać z kraju. Wujek Lu wciąż budził grozę, ale tak naprawdę jego pozycja w branży słabła, bo zwyczajnie się starzał. Zyga, jego prawa ręka, zmarł na raka płuc, a Kajetan Nawik coraz mocniej rozpychał się na rynku. To, że Ramski ośmielił się donieść na Lu, a na komendzie słowem nie pisnął o Kajetanie, najlepiej obrazowało aktualny układ sił.
Zmiany były nieuniknione i człowiek pokroju Jacka Muchy zdawał sobie z tego sprawę. Mimo że fanatycznie wierny Lu, Mucha myślał o przyszłości. Kupił ostatnio apartament w Londynie i dom na Malediwach. Dekorował je obrabianymi przez siebie bursztynami i pokazywał komisarzowi zdjęcia. Miał perspektywę na przyszłość. Dawno przekroczył pięćdziesiątkę i szykował się na zasłużoną emeryturę, czego mu Duszny zazdrościł.
On sam nie miał żadnej perspektywy, a w każdym razie nie taką, która wybiegałaby zbyt daleko w przyszłość. Każdego dnia zbyt wiele rzeczy mogło pójść źle. Błędne decyzje okupowało się krwią, porządni ludzie odwracali się plecami od mniej porządnych, zaangażowanie okazywało się zgubne w skutkach, a świat przemieniał dobrych gliniarzy w sprzedajne kurwy. Duszny miał kilka zastrzeżeń do świata.
Dalekie planowanie wydawało się szaleństwem.
Mimo to, a może właśnie dlatego, lubił czasem patrzeć, jak facet całkowicie skupia się na swojej robocie. Jak pasja go pochłania i zmienia zbója w człowieka wręcz delikatnego.
– Coś jeszcze? – mruknął Mucha, nie podnosząc wzroku.
– Zaraz spadam.
Duszny wyjął z kieszeni marynarki niewielką torebkę, zawartość wysypał na lśniący blat dużego okrągłego stołu i zaczął formować kreskę. Teraz i on był skupiony, pochłonięty przez jedną czynność, jakby też miał pasję.
Kątem oka dostrzegł, że Mucha uniósł wzrok znad swojej roboty.
– Co jest? – warknął Duszny.
– Bez dwóch zdań – powiedział Mucha do swoich myśli.
Duszny nie miał zamiaru się zastanawiać, co to miało znaczyć.
5
Długą prostą między Oliwą a Wrzeszczem pokonał w mgnieniu oka, czując niemal ekstazę, gdy jego służbowe BMW sunęło z ogromną szybkością Aleją Grunwaldzką. Światła po bokach zmieniły się w jedną plamę, a noc przyzywała go do siebie, aby w niej został na zawsze.
Duszny z całej siły wdepnął pedał hamulca na skrzyżowaniu. Samochód zatrzymał się z piskiem opon, ale zatrzymał się posłusznie. Noc musiała zaczekać.
Na razie nigdzie się nie wybierał.
Zawrócił i przebył tę samą trasę spokojnie, oceniając, że straciła na atrakcyjności. Wrócił do Sopotu i zaparkował przy Kościuszki. Nie chciał jechać do domu. Ciągnęło go tu, czuł, że ma coś do załatwienia. Wszedł na deptak Monte Cassino, wciąż zatłoczony, choć nie tak jak w lipcowe noce, które w tym roku mieli już za sobą.
Duszny ruszył przez tłum i dał się ponieść. Zszedł w dół, mijając kościół garnizonowy św. Jerzego i umiejscowionych pod jego murami artystów oferujących wykonanie portretu lub karykatury. Artyści zbierali się do domów. Zaczepił go naganiacz zachęcający do wejścia do klubu w bocznej uliczce i nęcący darmowym drinkiem. W ogródkach pod lokalami siedzieli ludzie, młodzi i starzy, choć młodych było więcej. Przy jednej z restauracji grupa pijanych mężczyzn i kobiet tańczyła do głośnej muzyki. Mężczyźni krzyczeli wesoło, kobiety się śmiały.
Tak, pomyślał Duszny, bo całym sercem był z nimi.
Przed Krzywym Domkiem tłum zgęstniał, potem się przerzedził. Duszny minął SPATiF, wszedł na pustoszejący Plac Przyjaciół Sopotu. Przy fontannach siedziały skąpo ubrane dziewczyny, woda szemrała, z pobliskiej dyskoteki dochodziła przytłumiona muzyka. Na ławkach koczowali bezdomni. Ci wszyscy ludzie wyczekiwali nocy, aby wziąć z niej to, co oferowała. Każdemu według możliwości. Noc przykryje sztucznym światłem brudne zaułki, tchnie tajemnicę w głodne twarze kobiet, zaiskrzy na koszulach mężczyzn gotowych płacić za kolorowe drinki. Noc przyniesie obietnicę, że poranek nie nadejdzie.
Duszny skręcił na plażę, wszedł na piasek i przeszedł kilka kroków. Głośny nastrój kurortu został gdzieś za nim. Ogarniały go cisza i spokój plaży. Jakaś dziewczyna siedziała na rozłożonej na piasku bluzie i płakała, a druga przytulała ją do siebie.
Tak, pomyślał Duszny, bo całym sercem był z nimi.
Wiatr przyniósł zapach morza. W oddali migały światła gdańskiego portu i statków stojących na redzie. Poczuł niepokój. Powód, dla którego tu był, nie krył się na plaży.
Poszedł na Skwer Kuracyjny. Przy muszli koncertowej ustawiono ogromny ekran, na którym migały obrazki z pokazów Domu Mody Hersza. Poważne niczym śmierć modelki demonstrowały nadchodzącą kolekcję jesienno-zimową. Hersz był dumą Sopotu: kilka lat wcześniej nikomu nieznany projektant zabłysnął kolekcją damskich torebek ze skóry ekologicznej, które zdobyły serca kobiet w całej Europie, a Hersz z dnia na dzień stał się globalną postacią w modowym świecie. Za dwa dni miał się odbyć wielki pokaz na żywo i data pokazu wyświetlała się na ekranie. Zapalał się i gasł reklamowy slogan: TOREBKA OD HERSZA NAJLEPSZĄ PRZYJACIÓŁKĄ KOBIETY.
Dusznemu działalność Hersza nie kojarzyła się dobrze. Odwrócił wzrok od ekranu, kupił bilet i wszedł na molo. Czuł się jak w transie, każdy szum, ostrzejszy dźwięk, każda barwa wyodrębniająca się z mroku, to wszystko docierało do niego wyraziste, jakby obrysowane konturem. Było mu dobrze.
Molo rozwidlało się. Skręcając w prawo, wchodziło się na marinę, ale on przeszedł pod barierką i wszedł na zatopioną w morzu stertę głazów. Woda z hukiem rozbijała się o kamienie u jego stóp, czuł na twarzy bryzę i miał poczucie, że tak jest w porządku. Zszedł jeszcze niżej, fale niemal dosięgły mu butów. Było ślisko. Przed nim rozpościerała się otchłań czarnej wody.
– Co robi ten wariat? – usłyszał starszą kobietę. – Niech ktoś każe mu wrócić, zanim wpadnie do wody!
– Będzie jednego debila mniej – odparł jakiś mężczyzna.
Duszny nie dbał o nich.
– Przemek!
Ten głos znał. Należał do kobiety, młodej i pięknej. Blada w świetle pobliskiej latarni stała Karolina. Miała na sobie jasny lekki sweter narzucony na bluzkę z dekoltem. Wyglądała jak spełnienie obietnicy tej nocy.
Przypomniał sobie, po co tu szedł, co go ściągnęło w to miejsce i ten czas.
Wrócił na deski molo i otoczył ją ramieniem.
Poszli w górę Monciaka. Duszny z Karoliną u boku ponownie przemierzył cały deptak. Nie śpiesząc się, przeszli tunelem pod ulicą, weszli między kamienice, ona otworzyła kluczem ciężkie drzwi, on je pchnął i puścił ją przodem.
Potem leżała przy nim w pościeli, jej włosy rozsypywały się na poduszce, a oni milczeli. Karolina niedawno dostała rozwód. Nie chciała mówić o tamtym życiu, a Duszny nie chciał mówić o swoim.
Nie było nic do powiedzenia.
6
Julia Skalska patrzyła z okna Hotelu Sheraton na ostatnich ludzi spacerujących po Skwerze Kuracyjnym, na molo i ciemne morze. Zapragnęła wyjść z pokoju, ruszyć przed siebie i poczuć chłodny wiatr idący od tego morza. Mogłaby pójść do samego końca molo albo nawet wejść na te kamienie po drugiej jego stronie, które chroniły je przed falami.
Kiedyś, gdy była dużo młodsza, a po śmierci rodziców było jej obojętne, czy żyje, czy umrze, właśnie tak zrobiła. W burzowy jesienny wieczór usiadła na stercie skał przy samej wodzie, zdjęła buty i pozwoliła, by uderzały w nią czarne fale. Kamienie były śliskie. Ludzie wokół krzyczeli i kazali jej schodzić, ale ona ich nie słuchała.
Wspomnienia.
Potrząsnęła głową, jakby mogła w ten sposób wytrząsnąć je z głowy. Pamiętała, że tamtego roku wrzesień też był gorący, choć nie tak jak obecnie. Podobnie zresztą jak trzy lata później, gdy wyjeżdżała z Polski.
Wróciła do pakowania walizki. Rozmowa, którą usłyszała w kawiarni, wstrząsnęła nią. Musiała wyjechać, nic jej tu nie trzymało. Musiała wyjechać natychmiast, tak jak chciał Wujek Lu.
Nie mogła zrozumieć, czemu Lu urządził dla niej to przedstawienie. Wiele mu zawdzięczała, podobnie jak Cioci Bei. Właściwie to zawdzięczała im wszystko: i to, że wciąż żyła, i to, że mieszkała w Kanadzie. Wszystko, co posiadała, albo otrzymała od nich, albo zachowała dzięki nim. Dotyczyło to zwłaszcza majątku po rodzicach, z którego pewna część była zapisana na innych ludzi. Niby tylko formalnie, ale znaleźli się tacy, którzy po śmierci jej ojca chcieli to wykorzystać. Jedynie autorytet Lu sprawił, że ostatecznie dostała to, co jej się należało.
A jednak Julię zawsze przerażał Wujek Lu, podobnie jak wcześ-
niej jej rodzony ojciec. Odkąd sięgała pamięcią, obaj starali się okazywać jej troskę, a ona od dziecka od nich uciekała, jakby byli z innego świata niż ona. Kochała ojca, na swój sposób kochała Wujka Lu, a on w chwili próby po stokroć okazał się warty jej miłości, mimo że przy każdym z nich czuła się obco. Tym gorzej zniosła śmierć matki, która była dla niej jedyną prawdziwą ostoją. I jej nieobecności nie potrafiła w żaden sposób wynagrodzić Ciocia Bea, choć z całych sił się starała.
Do dzisiejszego popołudnia Julia wierzyła święcie nie tylko w to, że Wujek Lu nigdy by jej nie skrzywdził, ale że nawet nie przyszłoby mu na myśl, by świadomie sprawić jej przykrość. Wiedziała, jakiego pokroju był człowiekiem, jednak to, jaki był dla innych, nigdy jej nie dotyczyło. Ulica nazywała go Wujkiem Lu, bo w biznesie, który prowadził z jej ojcem, to on był tym bardziej łagodnym. I ona też go tak nazywała, ale tylko dlatego, że w przeciwieństwie do ulicy, myślała o nim jak o prawdziwym wujku, choć nim nie był.
Tym bardziej nie potrafiła zaakceptować tego, co dziś usłyszała.
Dlaczego Wujek Lu, gdy dowiedział się o jej powrocie, nie przyjechał tu sam i ponownie wszystkiego jej nie wytłumaczył, a na koniec nie wsadził do samolotu, tylko posunął się do czegoś tak bardzo dziwnego?
Przemknęło jej przez myśl, że może to wcale nie on. Ale ci ludzie znali jej historię, wiedzieli, gdzie ją ukrył i że na nią płacił. Ich opowieść była jak wyrzut sumienia. Poza tym nie była nawet w stanie pomyśleć, kto bez jego zgody odważyłby się ją tak potraktować.
Czy czuł się podwójnie oszukany: raz, że wróciła, choć jej zakazał, dwa, że nie zdecydowała się ich odwiedzić?
Julia stała nad w połowie spakowaną walizką i czuła, jak łzy cisną się jej do oczu. Nie wiedziała tylko, czy to łzy zdumienia, rozczarowania czy niepokoju.
A potem nadszedł gniew. Wystarczyło, że raz sprzeciwiła się jego woli, a potraktował ją jak obcą osobę.
Jesteś niesprawiedliwa, przyszła refleksja. Zawsze o ciebie dbał. Po tragedii robił wszystko, co w jego mocy, abyś zdołała dojść do siebie. Teraz też okazywał troskę, na swój sposób. Przecież nie bez powodu musiałaś wyjechać z kraju.
Nie, ten pokaz w kawiarni to nie była troska. Poczuła się opuszczona przez wszystkich.
Na fali rozpaczy sięgnęła po smartfon i zrobiła zdjęcie nocnemu molo. Wujek wiedział, że była w mieście, nie musiała już zachowywać pozorów. Chciała mu pokazać, że się nie boi. Zamieściła to zdjęcie na swoim Instagramie i opatrzyła je prostym tytułem: Noc.
A potem nagle spłynęła na nią myśl, jak głupie jest to, co zrobiła. Nie tylko wróciła do miasta, ale krzyczała o tym na cały głos. Zaprzeczała samej sobie. Przez wszystkie ostatnie lata w taki sposób prowadziła Instagram, aby nie udzielić żadnych informacji o miejscach swojego pobytu.
Usunęła post.
Odłożyła telefon, ale nie wróciła do pakowania.



