Przeczytajcie specjalny fragment thrillera „Córeczka” – premiera już 11 lutego!

UDOSTĘPNIJ

Już wkrótce premiera nowej książka autorki bestsellerowego „Ukochanego dziecka” (zekranizowanego przez Netflix)! Czekacie na „Córeczkę”? Premiera powieści, za którą odpowiada wydawnictwo W.A.B. nastąpi już 11 lutego, natomiast teraz zapraszamy do zapoznania się ze specjalnym, przedpremierowym fragmentem thrillera Romy Hausmann.

sdds

Kiedyś, dawno temu, kilka ryb zbłądziło i u wybrzeża Mek­syku wpłynęło do głębokich grot, do których w ogóle nie dochodziło światło. Powinno było to oznaczać dla nich wy­rok śmierci, one jednak, zamiast umrzeć, dostosowały się do panujących warunków, do zimna i ciemności. Dla lepszej orientacji oddawały coraz więcej ze swojej zdolności wi­dzenia na rzecz zmysłu równowagi, miało to znaczące konsekwencje dla ich dalszego rozwoju. Najpierw straciły kolor, ubarwienie. Potem z ich oczu zanikła siatkówka, aż w końcu w ogóle przestały wykształcać oczy.

Są paskudne i słabe.

Ale żyją, mimo wszystko.

Takie uczyniło je ich otoczenie, są tym, do czego zmusiła je natura. Zastanawiam się, co by było, gdyby którejś z ryb udało się wypłynąć z tego głębokiego, czarnego labiryntu. Gdyby dotarła do lśniącej w słońcu powierzchni. Czułaby światło? Czułaby ciepło? Czy z czasem znów by się do tego przyzwyczaiła? Odzyskała oczy i wzrok? A może byłaby…

Urywam. Ktoś z tyłu kładzie mi dłoń na barku i mocno ściska, czym przywołuje mnie do rzeczywistości. Jeszcze raz głęboko oddycham, z nadzieją, że uspokoję rozedrgane palce.

Daj mu jego spokój, brzmi instrukcja.

Przypuszczam, że nie wolno mi przesadzić. Mimo to chcę przynajmniej spróbować. Muszę.

– Masz na myśli… to znaczy… może zająłbyś się w week­end światłem? – Zerkam na sufit; pośrodku wystają dwa gołe kable, wyglądają jak obumarłe pędy roślin.

– Tak, może – słyszę w odpowiedzi, a uścisk na moim ra­mieniu tężeje po raz wtóry, jakby dla przypomnienia, co leży na szali. Opuszczam palce na klawiaturę i zaczynam stukać.

Musisz przestać mnie szukać.

I tak mnie nie znajdziesz, tutaj, na dole, w tej głębokiej, ciemnej grocie, dodaję w myślach.

1. Scenariusz

Dziesięć dni wcześniej

Theo

Klik, rozlega się w głowie. Klik, jak przy pstrykaniu staro­świeckim włącznikiem.

Widno, orientacja: siedzę na krześle. Nie siadałem. Wo­kół białe ściany, przede mną to… no to… jak mu tam… biurko, drewniane, z drzewa wiśni, może mahoniowe. Po lewej okno, słońce, tańczący w powietrzu kurz. Nie rozmy­waj się na drobne, Theo. Szczegóły tylko odciągają uwagę.

Od niego, mężczyzny. Wysoki i smukły, blada cera, spi­czasty nos jak dziób koguta. W białym kritlu. Dotykam piersi, patrzę po sobie. Mam koszulę, na niej sweter. Męż­czyzna jest w moim kritlu.

– Theo.

Skąd on wie, jak mi na imię? O co chodzi? Zrywam się z miejsca, krzesło leci do tyłu. Wiem na pewno, nie siada­łem na krześle! Ten patyczak zbiera się w sobie, chwyta kołyszące się krzesło, zanim to będzie runięte na ziemię.

– Wszystko dobrze.

Głos jest spokojny, monotonny, częstotliwość jak środek przeciwbólowy. Podnoszę ręce, obejmuję pulsujące skronie. Środek do narkozy na dziesięć liter: Sufentanyl. C22H30N2O2S. Opioid syntetyczny, najsilniejszy dopuszczony do stosowa­nia u ludzi. Numer WE: 641-081-8. Teraz to do mnie dociera. Uśpił mnie. Uśpił mnie i posadził na krześle.

Muszę się wydostać, natychmiast muszę się stąd wyno­sić. Patyczak, kuśtykając, podąża za mną, odprowadza mnie do drzwi.

– No widzisz – mówi, jakby chciał mi czegoś dowieść. Żebym to wiedział, co takiego chce mi przekazać. Nie znam go, to kompletnie obcy facet. Nie, nie obcy. Jest jakieś mgliste przeczucie. Ból.

– Proszę. – Ostrożnie sięgam po klamkę. – Mam żonę. Ma na imię Vera. Z pewnością już na mnie czeka z kolacją.

Patyczak dotyka mojego ramienia, powoli kręci głową. Znów ten monotonny głos:

– Vera na ciebie nie czeka, Theo. Ona nie żyje od czte­rech lat.

– Nie żyje – powtarzam łamiącym się głosem. Nie znajdę adwokatnej zniewagi dla swojego viceversa, a łzy już spły­wają mi po policzkach.

Dupek.

Już wiem, co chciałem mu powiedzieć. I wściekam się na siebie, że nie wpadłem na to w odpowiednim momen­cie. Patyczak z kogucim nosem: To Claus, Claus Dellard. Pragnie być koryfreuszem w dziedzinie neurologii i psy­chiatrii. A jest dupkiem. Starym, wyniosłym donosicielem. Zamiast zostawić mnie w spokoju, zadzwonił po Sophię i stąd cały ten ananas. Poniżona zabiera mnie od Dellarda, jak matka odbiera wyrodnego syna z dywanika dyrektora szkoły. Przepraszam cię, Claus. Najwyraźniej nie miał dziś dobrego dnia, Claus. Tak, Claus. Zajmę się nim, Claus.

Claus – pah!

– Może nie jest to wcale takie nie do pomyślenia, że do­browolnie usiadłeś na krześle w gabinecie – mówi teraz

Sophia. – Bądź co bądź, byłeś umówiony na wizytę. A wte­dy przecież się siada, to całkowicie normalne.

Burczę. Wolałbym, żeby się nie mieszała. Mam siedem­dziesiąt cztery lata i umiem jeździć autobusem. Każdy głupek to umie. Jak bym miał inaczej dostać się do tego szpitala.

– Tato?

– Co jeszcze ci nagadał ten idiota?

– Masz na myśli Clausa? Nic! Nikt mi nic nie nagadał.

– Nie kłam, Sophio. – Z pewnością powiedział jej o Verze. Jakbym nie wiedział, że nie żyje. Jakby mnie przy tym nie było i jakbym nie trzymał jej wtedy za rękę. I jakby ta kolacja nie miała być jedynie wywiadówką, żeby pozbyć się Dellarda, ale w tym całym ananasie po prostu zdarzyło mi się małe przejęzyczenie.

W tym momencie zerkam na zegarek w samochodzie Sophii: środek dnia, dwunasta czterdzieści trzy. Chodziło mi o „obiad”, „obiad” miałem na myśli.

– Zadzwonili z rejestracji i spytali, czy mogłabym po cie­bie przyjechać. I tyle, tato. Naprawdę. – Posyła mi krótkie spojrzenie z boku i coś jakby uśmiech, co w jej mniemaniu ma mi dodać otuchy. Nienawidzę, kiedy tak robi.

– Zapewne znów ci coś…

– Tato, proszę. Przecież byłeś tam cały czas. Co takiego miałby mi o tobie nagadać?

Zerkam na nią. Wygląda jak Vera, kiedy była młoda, tyl­ko w takiej bardziej szorstkiej wersji, z drobniejszymi rysa­mi i karbem w kształcie litery V między brwiami. I kolorem włosów; tak, kolor włosów też jest inny. Okropny. Liczę. Sophia musi mieć trzydzieści cztery lata. Tyle, ile Vera, kie­dy ją rodziła. 2876 gramów, 47 centymetrów. Pędraczek. Ha. Tracę pamięć, akurat!

Muszę się dowiedzieć. Muszę wiedzieć, czy Sophia mówi prawdę. Jestem pewien, że nie zachowa tego zbyt długo dla siebie, jeśli Dellard nagadał jej głupot, że zapomniałem o śmierci jej ukochanej matki. Test, tak. Poddam Sophię testowi.

– Twoja matka – rzucam i nie mówię nic więcej, tylko czekam na reakcję.

– Co z nią?

– Z kim?

– Z mamą. Zacząłeś coś o niej mówić.

Moja Vera, uśmiecham się.

– Była taka piękna. – Wyglądam przez okno, zerkam na niebo. – Pamiętasz, jaka była piękna, Sophio? Pamiętasz to jeszcze?

– Oczywiście, tato. Była przepiękna.

– Nie tylko zewnętrznie, prawda? Także wewnętrznie by­ła najpiękniejszą osobą na świecie. Wierzyła, że prawdziwa natura człowieka siedzi w jego sercu.

– Tak, była bardzo wyjątkowa.

– Całymi dniami nie robiłem nic innego, tylko rozcinałem klatki piersiowe, i po co to? Serce to przecież zawodna gruda, nic więcej. Ale z twojej matki była zagorzała romantyczka, całe życie zdawała się na tę grudę. – Wzdycham, ale zaraz sobie przypominam, dlaczego w ogóle zacząłem mówić o Verze. Za­pewne nawet dobrze, że nic nie usłyszy o tym wszystkim. Praw­dziwa natura człowieka tkwi gdzieś indziej. Nie w jego sercu, tylko tuż za czołem. W płacie czołowym, Lobus frontalis.

– Tak, to fakt. Ale mimo wszystko radziłaby ci teraz cał­kowicie racjonalnie, żebyś dał szansę Clausowi. Jest bardzo kompetentny i do tego ma wiele empatii.

Odwracam wzrok, spoglądam na Sophię siedzącą za kie­rownicą. Długie, ufarbowane na czarno włosy są wilgotne, zostawiły wyraźny ślad na niebieskim podkoszulku. Może

zadzwoniono do niej ze szpitala akurat w chwili, gdy stała pod prysznicem.

– Skąd to przekonanie co do jego kompetencji? Tylko dlatego, że nosi biały kritel?

– Kitel, tato.

Właśnie otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, kiedy Sophia dodaje:

– Przepraszam. Myślałam po prostu, że będziesz czuć się u niego swobodniej niż u obcego lekarza, dla którego jesteś tylko kartą pacjenta. Jakkolwiek patrzeć, pracowaliście ra­zem przez lata. I jest twoim przyjacielem.

Brzmi to jak pytanie. Nie uważam go jednak za warte od­powiedzi. Claus Dellard nigdy nie był moim przyjacielem. Co najwyżej nadętym kogutem. Już wcześniej nie mogłem go znieść, teraz nie mogę trzy razy bardziej.

Dłuższą chwilę jedziemy w milczeniu. Aż Sophia mówi:

– W sprawie twojego auta dzwoniłam już do Richarda. Odbierze je po pracy.

– Och. – Czyli wcale nie dotarłem do szpitala autobusem. Nie, przyjechałem tam sam. Ciemnozielony saab, rocznik dwa tysiące jedenaście, stoi w tym… no… jak mu tam… w garmażu szpitalnym.

– Richard jest…

– Twoim mężem. Nie jestem głupi, Sophio.

– Nie o to mi wcale…

– Bądź już wreszcie cicho.

Słucha mnie, milczenie jest lepsze. Po przejechaniu dwóch skrzyżowań z sygnalizacją robi mi się przykro. Była taka ma­ła, kiedy się urodziła, ot, pędraczek. Znów zerkam w lewo.

– Ty też jesteś piękna.

– Dziękuję, tato.

– Tylko te twoje włosy mi się nie podobają.

– Wiem, tato.

Ponownie spoglądam przez okno – w górę, na niebo, na ten błękit. Jesteś tam gdzieś, Vero? Widzisz mnie? Jeśli tak, to lepiej odwróć wzrok. Dellard twierdzi, że się zmieniłem. Te­go samego zdania jest Sophia. Trę oczy, za jednym zama­chem wycieram też czoło. Sophia powinna myśleć, że się po­cę, nic więcej, że tylko się pocę, to przecież całkowicie normalne w środku lata. Ten, kto się nie poci, nie żyje. Lub cierpi na anhydrozę, zmniejszenie wydzielania potu, często o podłożu genetycznym. Silna postać anhydrozy może pro­wadzić do zaburzeń termoregulacji, w najgorszym wypadku do udaru cieplnego. A ten z kolei do śmierci. Wiem to prze­cież. A więc lepiej od razu wytrę sobie twarz. Nie dlatego, że płaczę – co to, to nie, ja nie płaczę! Nigdy! Zdarza mi się to naprawdę rzadko! – tylko tak po prostu, bo jestem zdrowym, całkowicie zdrowym, żwawym, pocącym się człowiekiem. Ha! Triumfowo spoglądam po raz kolejny na Sophię, ona jednak wcale na mnie nie patrzy, skupia się na jeździe. Nawet lepiej, bo jej umiejętności jeździeckie są równie okropne co włosy.

– Jeśli chcesz, to wejdę z tobą – mówi, zatrzymawszy się przed sześciopiętrowym blokiem w Spandau. – Mogliby­śmy razem wypić kawę.

Kręcę głową i otwieram drzwi po stronie pasażera.

– Piętro drugie, miejsce parkingowe numer sześćdziesiąt osiem, między srebrnym audi A6 a czerwonym mini cooperem, o ile te będą tam jeszcze stały wieczorem.

Patrzy na mnie skonsternowana.

– Richard – przypominam jej. – Dziś po pracy ma przy­prowadzić mój samochód.

Obmacuję kieszenie spodni i robionego na drutach swetra, wreszcie znajduję kluczyk. Już mam go odłożyć na środek deski rozdzielczej, kiedy Sophia mówi:

– Może lepiej weźmiemy go na razie do siebie nad Weißensee.

Wybałuszam oczy, dłoń wciąż wodzi po desce rozdzielczej.

– Nie powinieneś sam prowadzić, tato. – Wzrok ma rozbiegany, od razu widać, że z trudem przychodzi jej spoglądanie mi w oczy.

– Pod względem czysto prawnym wygląda to tak, że we wczesnym stadium…

– Tato, proszę.

Upuszczam kluczyk na deskę rozdzielczą, wysiadam, ruszam do wejścia. Za plecami słyszę, jak Sophia wyłącza silnik, potem znów zatrzaskują się drzwi samochodu.

– Tato!

Odwracam się. Wydaje się smutna. Wilgotne włosy zwi­sają smętnie, podobnie jak wąskie ramiona i kąciki ust. Ru­sza z miejsca i chwilę później przyciska się do mnie mocno; ogarnia mnie poczucie, że jej serce wbije się mi w pierś. Sta­ram się wytrzymać i nie złościć. Na Sophię, która z pewno­ścią myśli sobie, że jak mnie przytuli, to będzie po sprawie. Na Clausa Dellarda, tego głupiego koguta. Na cały świat, który sprzysiągł się przeciwko mnie. Nawet na Boga, w któ­rego w zasadzie nie wierzę, ale który być może jest i chce mi dowieść swojego istnienia, odbierając to, co pozostało mi jako ostatnie. Do dziś bowiem byłem pewien, że dwie rze­czy będą zawsze niezmienne, bez względu na to, jak jakiś idiota zakwalifikuje mój stan. Dwie rzeczy, które nie tkwią w rozpływającej się szarej masie za czołem. Które być może nie siedzą nawet w tej zawodnej grudzie, gdzie dopatrywała się ich Vera. Dwie rzeczy, które wnikły głębiej: do kości, do całej mojej istoty. Które wdycham i wydmuchuję każdego dnia, w każdej godzinie, sekunda po sekundzie.

Pierwsza z nich: śmierć Very.

Wracam pamięcią do gabinetu Dellarda: muszę przy­znać, że złapał mnie na niewiedzy. Przynajmniej przez kró­ciuteńką chwilę.

Ale skoro coś takiego może się przydarzyć, co to znaczy dla tej drugiej kwestii? Co to znaczy dla ciebie, Julie? Co, jeśli któregoś ranka się obudzę, nie pamiętając, że kiedykol­wiek istniałaś? Zapewne będzie to dzień, kiedy popełnię samobójstwo, jakby zdalnie sterowany, nie mając bladego pojęcia dlaczego. Odsuwam od siebie Sophię i mówię:

– Idź już.

spot_img
0FaniLubię
0ObserwującyObserwuj
0ObserwującyObserwuj
- Advertisement -spot_img