Dzieciństwo pod magicznym kamieniem, czyli o (nie)oryginalności „Stranger Things”

UDOSTĘPNIJ

Zdaje się, że w branży rozrywkowej istnieje pewna szczególna odmiana amnezji, która dotyka twórców w momencie największego triumfu… Kiedy na platformie Netflix pojawił się dokument „Ostatnia przygoda. Jak powstało Stranger Things 5”, świat usłyszał z ust Shawna Levy’ego – producenta wykonawczego i architekta sukcesu braci Duffer – tezę doprawdy karkołomną. Levy sugeruje mianowicie, że przed ich flagowym okrętem w popkulturze obowiązywało swoiste embargo na łączenie grozy z opowieścią o inicjacji, a horrory segregowano z aptekarską precyzją – albo dla dziatwy, albo dla dorosłego widza. Ale czy jest tak naprawdę?

Twierdzenie, jakoby to Hawkins wyznaczyło nowy kierunek w mapowaniu lęków dorastania, jest myślą tyleż efektowną, co zdumiewająco naiwną. Trudno oprzeć się wrażeniu, że prominentni twórcy Netflixa spędzili ostatnie dekady w głębokiej izolacji od historii kina, bo przecież wystarczy odrobina dobrej woli, by dostrzec, że „Stranger Things” to bynajmniej nie rewolucja, a sprawnie zmontowany kolaż motywów, które inni wyeksploatowali znacznie wcześniej i – niejednokrotnie – z większym pazurem.

Fundamenty wylane krwią – Stephen King i Brian De Palma

Tak naprawdę zanim bracia Duffer nauczyli się trzymać kamerę, Brian De Palma w 1976 roku pokazał światu „Carrie”. Absolutnie wyjątkową historię ze świata grozy. To tutaj dojrzewanie zyskało swój najbardziej dosłowny, krwawy wymiar. Historia dziewczyny, której nadprzyrodzone zdolności stają się jedyną tarczą przed fanatyzmem i rówieśniczą opresją, nie była jednak tylko i wyłącznie horrorem. Było to studium traumy, które na stałe wprowadziło motyw „dojrzewania jako grozy” do głównego nurtu. Sukces Kinga i De Palmy udowodnił, że nastoletnie lęki sprzedają się znakomicie, a branża bacznie to odnotowała.

Koszmar jako metafora zmian i oddział od potworów

Zainteresowani? Idźmy dalej. Rok 1984 i premiera filmu „Koszmar z ulicy Wiązów”. Wes Craven nie stworzył po prostu kolejnego slashera. Freddy Krueger był ucieleśnieniem win dorosłych, które nawiedzają ich dzieci w najbardziej intymnej sferze – w snach. Seksualność, poczucie wyobcowania i utrata dziecięcej niewinności zostały tu przepuszczone przez filtr klasycznego horroru na lata przed narodzinami Jedenastki i jej paczki. W tym miejscu warto zaznaczyć interesujący smaczek – Robert Englund, legendarny aktor znany z kreacji Kruegera, wcielił się w jedną z epizodycznych, ale bardzo ważnych postaci w serialu „Stranger Things”…

Z kolei w 1988 roku Fred Dekker i Shane Black zaprezentowali „The Monster Squad” (w Polsce znany jako „Łowcy potworów”). To właśnie tam, a nie w Hawkins, grupa „szkolnych nieudaczników” musiała stawić czoła klasycznym monstrom z uniwersum Universala, ponieważ dorośli stracili zdolność dostrzegania magii i zagrożenia. Tak naprawdę był to niemalże wzorcowy – zwłaszcza z perspektywy czasu – mariaż komedii, przyjaźni i grozy, tyle że wyprzedzający modę na postmodernizm o dobre trzy dekady. Dzieciaki kontra Drakula i Wilkołak? Dufferowie jedynie zmienili wrogów na Demogorgony.

Klaun Pennywise i mroczne słońce nad Derry

Oczywiście nie sposób pominąć w tym kontekście telewizyjnego fenomenu „To” z 1990 roku. Ekranizacja prozy Kinga udowodniła, że format odcinkowy (mini-serialowy) idealnie nadaje się do portretowania walki dzieci z uosobieniem ich najgłębszych lęków. Pennywise nie był tylko potworem z kanałów; był katalizatorem konfrontacji z przemocą domową i traumą, bez której wejście w dorosłość nie byłoby możliwe. Bracia Duffer pożyczyli stąd nie tylko strukturę „Klubu Frajerów”, ale niemal cały emocjonalny szkielet swojego serialu.

Zapomniane klasyki – „Straceni chłopcy” i „Noc komety”

Jeśli szukamy dowodów na to, że lata 80. już wtedy mieszały grozę z nastoletnim buntem, warto przypomnieć „Straconych chłopców” (1987) Joela Schumachera. To wampiryczny horror, który tętni energią MTV, opowiadając o pokusie wiecznej młodości i niebezpiecznych przyjaźniach. Kiedy dwóch braci przeprowadza się wraz z matką do Santa Carla nie wiedzą, że zwyczajne z pozoru miasteczko skrywa mroczną tajemnicę. Część jego mieszkańców to wampiry, którzy szybko zarażają starszego z nich, Michaela, i wciągają go do swego grona.

„Stranger Things” to świetna zabawa, naprawdę sprawnie zrealizowane widowisko atrakcji, wreszcie – doskonale skrojony produkt i hołd dla minionej epoki. Jednak próba przypisania mu miana pioniera w łączeniu horroru z opowieścią o dojrzewaniu jest nadużyciem, które ignoruje gigantyczny dorobek kina grozy. Bracia Duffer nie wybudowali bynajmniej nowego domu – amerykańscy twórcy w bardzo staranny sposób odnowili fasadę budynku, w którym przed nimi mieszkało wielu wybitnych lokatorów… Oryginalność? Niekoniecznie. Skuteczność? Bez wątpienia

spot_img
0FaniLubię
0ObserwującyObserwuj
0ObserwującyObserwuj
- Advertisement -spot_img