Czy XVI-wieczne kazania mogą stać się krwawym manifestem seryjnego mordercy, a zarazem idealnym lustrem dla grzechów współczesnych elit? W najnowszej książce „Skarga” autor bezkompromisowo łączy historię z mroczną rzeczywistością fikcyjnej dolnośląskiej Posawy, gdzie ofiarami padają deweloperzy, politycy i skorumpowani duchowni. To kryminał, w którym zepsucie ma lokalny i uniwersalny zarazem wymiar, a zamiast taniego patosu i epatowania makabrą dostajemy błyskotliwe, sarkastyczne szachy psychologiczne, które śledzimy w towarzystwie nietypowego duetu śledczych. Dlaczego – jak przewrotnie zauważa pisarz – diagnozy Piotra Skargi wciąż się nie zestarzały, a ludzka natura pozostaje niezmieniona bez względu na to, czy żyjemy w Polsce A, B czy Z? Zapraszamy do lektury specjalnego wywiadu o sprawiedliwości, literackim czarnym humorze i kulisach powstania tej wyjątkowej powieści. Książka „Skarga” ukazała się nakładem wydawnictwa Pascal.

Dlaczego zdecydował się pan sięgnąć po XVI-wieczne Kazania sejmowe Piotra Skargi i uczynić z nich – w pewnym sensie –unikalny podpis seryjnego mordercy?
Najpierw był morderca ze swoją „misją”, dopiero potem szukałem dla niego czynnika wyróżniającego. Wiadomo, że w kryminale nie można mordować ot tak sobie, tylko należy robić to w sposób intrygujący czytelników (i dający jakiś punkt zaczepienia śledczym). Skarga nadawał się idealnie – w mojej książce odwoływał się do niego nie tylko morderca, ale i grupa młodych ludzi, którzy w latach przełomu ustrojowego szukali pomysłów na naprawę podupadłego kraju, a także zepsuty, skorumpowany ksiądz, który lubił ciskać gromy na swoich przeciwników. Zaletą kazań Piotra Skargi było też to, że dotyczyły różnych kwestii – moralności, chciwości, odpowiedzialności za kraj. Z perspektywy autora kryminału to świetnie, że diagnozy Piotra Skargi się nie zestarzały, natomiast z punktu widzenia obywatela – bardzo źle to świadczy o nas. Nie będę też ukrywał, że spodobała mi się wieloznaczność słowa „skarga” – jako nazwiska oraz jako rzeczownika. W jednej ze scen okazało się to nawet bardzo istotne, ale decydując się na tytuł, tej sceny w głowie jeszcze nie miałem.
Zastanawiam się, w jaki sposób postać dawnego kaznodziei, który bezkompromisowo piętnował grzechy rządzących, według Pana koresponduje z realiami współczesnej polskiej prowincji?
Obawiam się, że nie tylko tak zwanej prowincji… Grzechy rządzących elit są podobne, niezależnie od tego, czy mówimy o Polsce A, Polsce B czy Polsce Z. W porównaniu z czasami Piotra Skargi zmieniły się narzędzia, ale nie zmieniła się natura ludzka, czego dowody widzimy codziennie w mediach (albo głównie w social mediach). Tak jak kiedyś, tak i teraz rządzący państwem, miastem czy gminą przedkładają interes własny nad wspólny, obsadzają krewnych i znajomych na intratnych posadach, kierują się doraźną polityką zamiast strategicznym interesem całego państwa czy lokalnej wspólnoty.
Porozmawiajmy o miejscu… Akcja „Skargi” osadzona jest w fikcyjnej, dolnośląskiej Posawie. Co sprawiło, że wybrał Pan ten akurat region na tło krwawych wydarzeń?
Posawa – z jej zepsutymi elitami – mogłaby być wszędzie, w byłej Kongresówce, Galicji, Ziemiach Odzyskanych. Zadecydowało to, że chciałem dodać nieco lokalnego kolorytu historycznego związanego ze zmiennymi dziejami Dolnego Śląska – polskiego, potem rządzonego przez lokalnych Piastów, potem czesko-austriackiego i pruskiego, a na koniec znowu polskiego.
Ofiary mordercy to lokalne elity – deweloper, rektor uczelni, polityk czy ksiądz. Czy te postacie mają swoje odzwierciedlenie w rzeczywistych obserwacjach społecznych?
Nikogo konkretnego nie obrazuję i nie piętnuję, prawnicy szykujący pozwy powinni więc powściągnąć swe zapędy. Każda z tych postaci to zlepek tego, o czym czytałem i słuchałem przez całe dorosłe życie. Osoba, która nie słyszała o skorumpowanym polityku czy zachłannym deweloperze, ma albo poważne problemy ze słuchem, albo wiedzie bardzo szczęśliwe życie gdzieś na obrzeżach cywilizacji.
Śledztwo prowadzi nietypowy duet z Komendy Głównej: cyniczny komisarz Jakub Laskowski i podkomisarz Aleksandra Bereszyn. Skąd czerpał pan inspirację do stworzenia tej relacji?
Nie chciałem, aby byli po prostu swoimi przeciwieństwami, tak jak to często widzimy w kryminałach. Wiele zachowań Laskowskiego wywołuje u Bereszyn irytację, ale i fascynację, bo teoretycznie nic nie powinno mu się udawać. Nie mogę chyba wskazać określonego źródła inspiracji dla ich relacji. Myślę, że Bereszyn zachowuje się tak, jak zachowałaby się większość z nas w kontakcie z Laskowskim.
W niesamowity sposób zachowuje Pan balans związany z mroczną stroną rzeczywistości – zbrodnią, a równocześnie warstami obyczajowymi, społecznymi refleksjami, sarkastycznym humorem… W jaki sposób opracował Pan taki schemat? Bo w ten sposób sprawia Pan, że historia zachowuje lekkość, ucieka od taniego patosu, a jednocześnie jest bardzo angażująca emocjonalnie.
Trudne pytanie, na które nie znam odpowiedzi… A może odpowiedzą będą słowa piosenki „Sister Dew”, których użyłem jako motta mojej pierwszej książki. Słowa te to „Please forgive me if I keep on smiling, but every sad story has a funny side in it”, czyli mniej więcej „Wybacz mi proszę, że wciąż się uśmiecham, ale każda smutna historia ma w sobie coś śmiesznego”. Z takim podejściem idę przez świat – może nie każda historia, ale wiele z nich ma w sobie coś zabawnego (dla obserwatorów, bo może nie dla uczestników).
Uwielbiam przekłuwać balonik patosu, a odbiór moich książek pokazuje, że nie jestem w tym odosobniony. „Latający Cyrk Monty Pythona” padł w naszym kraju na podatny grunt i takie są tego owoce. Czuję niechęć do kryminałów, które przesycone są makabrą, traumami, obrzydliwościami, opisami tortur fizycznych i psychicznych – bo często mam wrażenie, że to tylko wypełniacze przykrywające to, że fabuła kuleje. Może i główny bohater wpada na rozwiązanie zagadki na zasadzie deus ex machina, ale za to dużo w dzieciństwie przeżył i ma chorą żonę, więc na tym skupia się autor, licząc, że czytelnikowi umkną owe braki.

Dobro i zło. Przedstawiciele prawa i bezprawia… W Pana książce lokalna policja szybko traci kontrolę nad sprawą i uwikłana jest w układy. Czy ten motyw bezradności struktur państwowych na prowincji jest celowym komentarzem socjologicznym?
Trochę tak, bo nie byłoby ekscesów lokalnych elit bez ich zrośnięcia z lokalnymi sądami, prokuratorami i policją. Ale bezradność miejscowej policji to stały element wielu kryminałów – gdyby sobie radzili, to nie byłoby zapotrzebowania na wsparcie ze strony asów z Komendy Głównej, Archiwum X czy jakiejkolwiek innej jednostki, stworzonej w wyobraźni pisarza. Ktoś musi niedomagać, aby mogli zabłyszczeć moi bohaterowie.
„Skarga” porusza nieoczywiste pojęcie sprawiedliwości. Czy zbrodnia popełniona w imię wyższych, moralnych idei może kiedykolwiek znaleźć usprawiedliwienie w oczach czytelnika?
Chyba tak, o czym świadczy popularność wszystkich policjantów działających jak Brudny Harry. Policjant, który aby wyjaśnić jedno przestępstwo, popełnia inne, wzbudza jednak naszą sympatię, bo ma ten wyższy cel. Rozgrzeszymy polityka wydającego rozkaz, wskutek którego zginą niewinni ludzie, jeśli dzięki temu ocali wielokrotnie więcej osób.
Zastanawiam się, jakie wyzwania wiązały się z umiejętnym dozowaniem napięcia i sprawieniem, by czytelnik mógł samodzielnie tropić sprawcę wraz ze śledczymi?
Kwestia zidentyfikowania sprawcy nie jest dla mnie najważniejsza, bo najbardziej zależy mi na tym, aby czytelnik w moją książkę wsiąkł i się dobrze bawił. Staram się zostawić na tyle dużo okruszków czytelnikom, aby mogli mieć przynajmniej podejrzenie, o kogo chodzi. Nie lubię być zupełnie zaskakiwany, gdy okazuje się, że jakimś całkowicie nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności sprawcą okazuje się osoba, która mignęła na ćwierć strony gdzieś na samym początku.
Jakie ma pan plany na przyszłość literacką – czy w kolejnych książkach zamierza Pan kontynuować przygody Laskowskiego i Bereszyn, czy planuje Pan zaskoczyć czytelników zupełnie nowym cyklem lub gatunkiem?
Laskowski i Bereszyn są stanowczo zbyt udanym duetem, aby się ich pozbywać po zaledwie trzech książkach. W końcówce „Skargi” zasygnalizowałem już, że jest jedna sprawa w przeszłości komisarza Laskowskiego, do której być może wróci. Ale oprócz ich przygód pracuję również nad czymś zupełnie innymi – także kryminałem, ale o znacznie mroczniejszym obliczu.

Jan Bartosz Bełkowski – urodzony odpowiednio dawno temu we Włocławku, studia odbył tam gdzie trzeba, czyli w Toruniu, a obecnie mieszka w jedynej słusznej dzielnicy Warszawy, czyli na Ochocie. Z wykształcenia socjolog (całkowicie bezsensowna decyzja), z zamiłowania historyk, z konieczności życiowej ekspert public relations i public affairs. Zdecydowanie zbyt długo odkładał decyzję o pisaniu książek, na co nie ma usprawiedliwienia, za to ma liczne wyjaśnienia. W marzeniach – pierwszy człowiek na Marsie. Ojciec dwójki dzieci (które książek nie czytają) i cierpliwy opiekun jednego psa (który też nie czyta, chociaż ma dużo wolnego czasu). Uwielbia kombinację piwo + niezdrowe jedzenie + granie w “Ryzyko”, Monty Pythonów, Tolkiena, wędrówki po górach i lasach (najlepiej po zalesionych górach) oraz święty spokój.



