Czysta karta i atomowa sielanka – wywiad z Martą Matyszczak, autorką książki „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo”

UDOSTĘPNIJ

Dziewiętnaście powieści na w dorobku, rzesza wiernych czytelników i… zupełnie nowa karta w karierze. Marta Matyszczak, jedna z najpopularniejszych autorek polskiego cosy crime i komedii kryminalnych, debiutuje pod skrzydłami wydawnictwa W.A.B. Jej najnowsza książka „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo” zabiera nas do pozornie sielankowego Sasina, gdzie zamiast świętego spokoju dostajemy wybuchowy konflikt pokoleń, protesty wokół elektrowni atomowej i zbrodnię, w której karty rozdaje ślepy los. Czy zmiana wydawcy po latach sukcesów to eldorado, czy raczej harówka na kilku etatach jednocześnie? Jak okiełznać bandę niedobranych bohaterów, gdy ci nagle zaczynają żyć własnym życiem? Rozmawiamy o analogowym planowaniu fabuły, szorstkich policjantkach, literackiej sile czworonogów i o tym, dlaczego w kryminale mniej czasem znaczy więcej.

Zapraszamy do lektury wywiadu, a także książki „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo”, która ukazała się nakładem wydawnictwa W.A.B.

Marcin Waincetel: Droga Marto, Twoja nowa książka ukazuje się pod szyldem wydawnictwa W.A.B. Dla autorki z takim dorobkiem to właściwie ponowny debiut. Co waży w tym momencie więcej: bagaż doświadczeń czy ciekawość nowego?

Marta Matyszczak: Można spojrzeć na to dwojako. Z punktu widzenia czytelnika – takie mam wrażenie – jest to przeźroczyste, w którym wydawnictwie ukazała się książka. Czytelnicy są przywiązani do autora i jego historii. Natomiast z mojego punktu widzenia rzeczywiście – choć to moja dziewiętnasta powieść – jest to w pewnym stopniu nowa przygoda. I wchodzę w nią z nadzieją na to, że dzięki współpracy z nowym przebojowym wydawcą jeszcze więcej czytelników usłyszy o moich książkach. I polubi Romę Nowacką, jej dziadka, przyjaciół, a także… psa Karmelka, którzy wszyscy pojawiają się w „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo”.

Mówisz o nowej przygodzie, ale zmiana wydawcy po latach sukcesów to też moment na zdefiniowanie siebie na nowo. Poczułaś wolność czy raczej potrzebę renegocjacji umowy z samą sobą jako pisarką?

Z tą wolnością w zawodzie pisarza jest tak, że jest ona złudna. Bo owszem, jesteś swoim własnym szefem, robisz, co chcesz, ale z drugiej strony musisz się pilnować, by odpowiednio rozłożyć pracę w czasie, by zdążyć oddać książkę przed upływem deadline’u. Jesteś też swoim własnym menadżerem, agentem literackim, działem prawnym, negocjatorem, promotorem (i jeszcze kilka innych zawodów można by tu wpisać) w jednym. Zatem nie do końca jest to takie El Dorado, jak mogłoby się wydawać. Co nie zmienia faktu, że nie zmieniłabym tej pracy na żadną inną.

Czyli eldorado nie ma, ale i tak eksperymentujesz. W nowej książce dotykasz bardzo gorącego tematu – budowy pierwszej polskiej elektrowni atomowej.

Co do ryzyka i eksperymentów, to za każdym razem, w każdej kolejnej książce staram się pisać o czymś innym, podejmować inne ważne społecznie tematy, inaczej kierować narracją. W przypadku „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo” pojawia się na przykład wątek budowy pierwszej polskiej elektrowni atomowej, który budzi skrajne emocje, zwłaszcza wśród ludzi mieszkających w gminie Choczewo, którzy będą ją mieli za dosłownie za swoim płotem. Kiedy jeździłam rowerem po tamtejszych wsiach i lasach, zbierając materiały do książki, widziałam na przykład te wszystkie plakaty „Stop atom” porozwieszane na płotach. Jest to gorący temat, a ja staram się zrozumieć obie strony konfliktu.

I obok tego konfliktu stawiasz kolejny: zderzenie pokoleń.

Inna, nowa kwestia poruszana przeze mnie w pierwszym tomie cyklu „Wakacje z mordercą”, to sytuacja starszych ludzi – ich problemy i marzenia. Konfrontuję ich z grupą wiekowo dużo młodszą, do tego po przejściach kryminalnych, więc można sobie wyobrazić, że jest wybuchowo. Z moich eksperymentów narracyjnych mamy w tej powieści na przykład pamiętnik Gertrudy Florek, policjantki tuż przed emeryturą, która w dość nieokiełznany sposób zapisuje swoje przemyślenia w celach terapeutycznych. Dla mnie pisanie to jest oczywiście praca, ale i świetna zabawa, więc staram się sobie za każdym razem podnosić poprzeczkę.

I to widać! Sfrustrowana pisarka, krewka fryzjerka, amator trawki i ekscentryczni seniorzy… Jak okiełznać tak niedobraną grupę, żeby ich relacje rozwijały się naturalnie, a nie pod dyktando scenariusza?

Mam wrażenie, że moje postacie czasem żyją własnym życiem i mnie jedynie pozostaje zapisywać ich kolejne poczynania. Jeśli dobrze poznasz swoich bohaterów, zanim zaczniesz o nich pisać, dowiesz się: skąd pochodzą, jakimi są ludźmi, dlaczego stali się tacy, a nie inni, jakie mają życiowe doświadczenia, potem w trakcie pisania nie musisz się już o ich prawdziwość martwić. Wtedy ich zachowania i relacje między nimi wychodzą naturalnie.

A zestawienie tak – niby to – skrajnych postaci wychodzi tylko na plus, bo przecież każdą dobrą opowieść napędza konflikt. A o ten między staruszkami i młodocianymi „przestępcami” naprawdę nie jest trudno. Choć z czasem okazuje się, że mają oni ze sobą więcej wspólnego, niż początkowo przypuszczali. Na przykład zainteresowanie kryminalnym śledztwem, które toczy się nieopodal w okolicach latarni Stilo.

Wspomniana przez Ciebie policjantka, Gertruda Florek, to absolutna osobowości. Wnosi do tej paczki mnóstwo… nietypowej energii.

Bardzo lubię takie postacie – kobiety z pazurem, własnym zdaniem, odpornością na to, co myślą sobie o nich inni. I ciętym językiem właśnie. Dlatego, choć Gertruda miała być drugoplanową postacią, wbiła się przebojem na karty „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo”.

Skradła show?

Od razu zapałałam do niej sympatią i okazało się, że będzie niezbędna także w drugim tomie cyklu „Wakacje z mordercą”. Myślę, że my – jako czytelnicy – często lubimy takie postacie, które mówią to, co my sami myślimy, ale boimy się głośno wyrazić. I Gertruda właśnie taka jest. Czasem szybciej działa, niż się zdąży zastanowić, a potem za karę musi… pisać pamiętnik!

Sama intryga też uderza w nietypowe tony – zbrodnia wynika tu z czystego przypadku i chaosu. Jak konstruuje się historię, w której karty rozdaje ślepy traf, a nie genialny plan mordercy?

Ten chaos jest pozorny. Ja wszystko dokładnie planuję, zanim zacznę pisać. Każdą scenę – zgodnie ze scenariuszowymi teoriami – mam rozpisaną na osobnej karteczce.

Karteczkach? Brzmi bardzo intrygująco.

Karteczek jest kilkadziesiąt – do tego są ponumerowane, żebym w razie wjechania w nie łapami przez moje psy czy koty połapała się z rozumem – każda też jest oznaczona stosownym kolorem, ponieważ poszczególnym wątkom przypisuję konkretną barwę. W tym szaleństwie jest więc metoda. Wszystko po to, by uczciwie stawać z czytelnikiem do tej kryminalnej gry. Podsuwać mu zarówno fałszywe, jak i prowadzące do rozwiązania tropy. Jak w klasycznej powieści detektywistycznej.

Mimo tej precyzyjnej gry kryminalnej, przemycasz w książce trudne, głębokie tematy – jak chociażby odbudowywanie zaniedbanych relacji rodzinnych. Czy da się to łatwo pogodzić z regułami lekkiego z założenia cosy crime?

Dla mnie cosy crime czy komedia kryminalne – w obszarze których zawodowo poruszam się już od dekady – nigdy nie były gatunkami mającymi na celu tylko rozbawić czytelnika i zostawić go jedynie z poprawionym samopoczuciem. Uważam, że tak jak powieści w każdym innym gatunku, tak i cosy crime może opowiadać o czymś więcej. Sprawiać, że czytelnik oprócz świetnej zabawy znajdzie też czas, by się zatrzymać i nad tą drugą warstwą historii zastanowić. W „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo” jest więc też miejsce na opowieść o trudnych relacjach rodzinnych.

Z jednej strony sielankowe Sasino, gofry i plaża, z drugiej – strach przed śmiercią, no i odebranie życia…. Gdzie stawiasz granicę w pokazywaniu przemocy, żeby nie zepsuć tego „przytulnego” nastroju powieści?

To nie jest estetyzacja przemocy, tylko szacunek do moich czytelników. Uważam, że mają wystarczająco rozwiniętą wyobraźnię, by dopowiedzieć sobie naturalistyczne szczegóły związane ze zbrodnią. Nie trzeba im wykładać kawy na ławę – a raczej flaków, krwi i bezbrzeżnego okrucieństwa na karty powieści.

Czyli zostawiasz pole dla wyobraźni czytelnika.

Oni i tak wiedzą, co się stało. Czasem mniej znaczy więcej. Sama nie lubię książek, w których epatuje się przemocą, by przestraszyć, zszokować. I w których traktuje się czytelnika jak idiotę. Dlatego też tak lubię cosy crime, który z założenia odrzuca te brutalne aspekty i zawierza błyskotliwości odbiorcy.

W posłowiu dziękujesz mężowi i wspominasz o swoim Karmelku – psiaku przygarniętym z ulicy, który stał się pierwowzorem książkowego czworonoga. Ile Ciebie i Twojej prywatnej codzienności przeniknęło do świata Romy Nowackiej?

W powieści występują fikcyjne postacie, które nie mają odniesień do rzeczywistych osób. Z dwoma wyjątkami. Pierwszym jest wspomniany przez Ciebie Karmelek, którego pierwowzór siedzi właśnie przy mojej nodze i czeka, aż skończę odpowiadać na Twoje pytania i wreszcie dam mu (kolejne dzisiaj) śniadanie.

Rozprasza Cię teraz?

Karmelek przyplątał się w zeszłym roku pod nasz dom, miał ogromnego guza na łapie, był głodny, brudny i w ogóle przypomniał chodzące nieszczęście. Rezultat tej wizyty jest taki, że z nami zamieszkał, guza już nie ma, za to jest najlepszy przyjaciel, no i… inspiracja literacka. Czytelnicy już nie raz opowiadali mi, że dzięki moim książkom przygarnęli bezpańskiego psa czy kota. I to jest moc literatury!

A ten drugi wyjątek? Słyszałem, że pojawia się tam pewna tajemnicza pisarka…

Drugim wyjątkiem jest pojawiająca się tylko przez chwilę w „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo” postać pewnej pisarki kryminałów – rozczochranej baby w szortach, ze złachanym czerwonym plecaczkiem i tysiącem pomysłów na rozwiązanie zagadki morderstwa. Któż to? Można się domyślać. A ogólnie wiadomo, że powstający w głowie pisarza bohaterowie zawsze są w mniejszym bądź większym stopniu przefiltrowani przez jego wrażliwość, spojrzenie na świat i doświadczenia. Nie jestem tu wyjątkiem.

Zakończenie i posłowie nie pozostawiają złudzeń – to dopiero początek „Wakacji z mordercą”. Projektując taką serię, masz już precyzyjnie rozpisaną dalszą drogę bohaterów, czy pozwalasz się zaskakiwać?

Zawsze na początku myślę o miejscach akcji. One są dla mnie równie ważne jak ludzkie postacie. Chcę, żeby były równoprawnymi niemal bohaterami. Dlatego tak ważny jest dla mnie research.

Nie ma pisania zza biurka przy pomocy Google Maps?

Nie wyobrażam sobie napisania powieści z poziomu kanapy i sprawdzania wszystkiego w internecie. Muszę pojechać na miejsce, przejść się uliczkami, porozmawiać z ludźmi, popodsłuchiwać, powąchać, dotknąć, zrobić milion zdjęć. Mam więc już obmyślanych kilka lokacji na przyszłość. A co do rysu losów postaci, też wcześniej planuję ich drogę i decyduję, ile z niej ujawnię w danym tomie, a ile pozostawię na kolejne części. Zatem przed Romą i spółką jeszcze wiele emocjonujących chwil.

Gdybyś miała spojrzeć na proces pisania z dystansu – co z perspektywy czasu i kolejnych napisanych stron stało się dla Ciebie w tym rzemiośle największym zaskoczeniem, a co wciąż pozostaje stałą, niezmienną zagadką?

Zawsze zaskakuje mnie, jak emocjonalnie czytelnicy podchodzą do moich opowieści, jak identyfikują się z bohaterami i przywiązują do nich. To bardzo miłe! Potrafią nawet wyruszyć ich tropem i przez całą Polskę przejechać na motorze, żeby sprawdzić, gdzie dokładnie mieszkał ten czy tamten fikcyjny przecież gagatek. Za każdym razem jestem tymi wyrazami sympatii do moich postaci niezwykle wzruszona.

A ta wspomniana zagadka? Co spędza sen z powiek pisarki kryminałów?

Niezmienną zaś zagadką pozostają zasady działalności algorytmów skazujących na łaskę bądź niełaskę w social mediach. Także pisarzy, którzy prowadzą swoje konta. To mechanizm, którym w idealnym świecie, pisarz nie powinien się w ogóle interesować, tylko skupiać się na swojej pracy, czyli tworzeniu opowieści. Rzeczywistość zmusza nas jednak do walki z internetowymi wiatrakami, dlatego tym bardziej jestem wdzięczna za pomoc w nagłaśnianiu moich książek przez takie osoby jak Ty!

spot_img
0FaniLubię
0ObserwującyObserwuj
0ObserwującyObserwuj
- Advertisement -spot_img