O dekonstrukcji bohatera i murach, które mają głos… – wywiad z Hanną Szczukowską-Białys, autorką książki „Mary Miasta”

UDOSTĘPNIJ

W świecie polskiego kryminału niewielu jest bohaterów tak mocno osadzonych w mroku i realizmie jak komisarz Marek Bondys. Jego postać nie narodziła się z policyjnych akt, lecz z gęstego dymu papierosowego, ciężkiej muzyki i melancholijnych spacerów po zapomnianych zaułkach Bydgoszczy. W najnowszej odsłonie jego losów, zatytułowanej „Mary Miasta”, Hanna Szczukowska-Białys decyduje się na ryzykowny, ale fascynujący krok – zamiast kolejnego rutynowego śledztwa, serwuje nam bolesną dekonstrukcję swojego protagonisty. Bondys, zamiast ścigać zło na zewnątrz, zostaje zmuszony do konfrontacji z potworami, które przez lata skutecznie wypierał ze swojej świadomości. Opowieść o szukaniu sprawiedliwości, ale również brutalna walka o własną tożsamość w mieście, które karmi się ludzką niepamięcią. Zapraszamy do rozmowy o tym, dlaczego „obyczajowe demony” bywają groźniejsze od seryjnych morderców i jak to jest polubić bohatera o tak ciemnej duszy. To spotkanie z literaturą, w której zbrodnia jest tylko pretekstem do zajrzenia w najbardziej przerażające zakamarki ludzkiej psychiki.

Książka „Mary Miasta” ukazała się nakładem Wydawnictwa SQN.

Marcin Waincetel: Zacznijmy od fundamentów świata zbrodni. Gdyby miała Pani wskazać ten jeden, konkretny moment – obraz, dźwięk lub zasłyszaną historię – który stał się iskrą zapalną dla powstania opowieści Marka Bondysa, co by to było?

Hanna Szczukowska-Białys: Jeśli miałby być to jeden szczegół, to wybrałabym gęsty dym tytoniowy papierosów Poznańskich palonych przez mojego Tatę. Cała ta postać powstała w dymie, mroku, cieniu i pozostała konsekwentnie taką do dziś, choć oczywiście przechodzi pełnego rodzaju przemiany pod wpływem zdarzeń, doświadczeń. Wiedziałam, że stworzę bohatera z dość ciemną duszą, słuchającego ciężkiej muzyki z gustu mojego Męża, w długim płaszczu, snującego się samotnie po przemysłowych zakamarkach Bydgoszczy. Musiał spełniać też jeszcze jeden warunek, który zresztą stawiam każdej swojej postaci – musiałam go polubić. Nie mogłabym zostać na dłużej z bohaterem dla mnie odrzucającym.

Deklaruje Pani sympatię do swojego bohatera, a jednak w najnowszym tomie funduje Pani swojemu bohaterowi prawdziwe piekło. Przez lata Marek Bondys szukał sprawiedliwości, jednak w „Marach Miasta” wektory zostają niejako odwrócone…

To trochę przewrotny chichot losu, tudzież autorki, dla mojego bohatera. Chciałam, aby tym razem komisarz musiał dowieść swojej własnej sprawiedliwości przed światem, ale także, a może przede wszystkim, przed samym sobą. W „Marach Miasta” czytelnik ma okazję poznać historię i konstrukt psychiczny Marka Bondysa od podszewki, co pozwala bardziej go zrozumieć jako człowieka.

Zrozumienie buduje Pani na fundamentach bardzo specyficznego miasta… Miejsca, które przywodzi na myśl żywy organizm, który karmi się tym, o czym ludzie chcieliby zapomnieć.

Miasto to moja metafora poprzedniego ustroju politycznego w Polsce. Uznałam, że pokażę ciężką, siermiężną komunę nie tylko poprzez postaci czy wydarzenia, ale poprzez nadanie jej imienia, realnego kształtu, miejsca, które pochłonie bohaterów w swoją bezdeń, a jednocześnie stanie się ich jedynym domem.

Dom to określone miejsce, ale również emocje. Mam wrażenie, że przeszłość w przypadku Pani książek nie jest tylko zakurzonym wspomnieniem, ale czymś… kimś, kto stoi tuż za plecami bohaterów.

To chyba wynika z mojej natury, dość melancholijnej, refleksyjnej i lubującej się w ożywianiu przeszłości i nadawaniu jej twarzy. Przy opisach staram się zawsze wczuć w swoich bohaterów, jakie bodźce odbierają, jakie wysnuwają wnioski, jakie emocje im towarzyszą. Nie koloryzuję życia, nie szukam happy endu, a najbliższy mi styl to realizm.

Zbliżanie się do rzeczywistości jest uderzające choćby w Hotelu Prezydentia. Niegdysiejszy symbol luksusu, który u Pani staje się architektoniczną pułapką. Miejsce, które nie tyle daje schronienie, co jest pułapką. Dlaczego?

Budynki, ulice, miejsca odgrywają ważną rolę w cyklu z komisarzem Bondysem. Opowiadają nie tylko swoją historię, lecz także ludzi, którzy mieszkali, pracowali w danym miejscu, utożsamiając się z nim, scalając, przenikając, bez względu na to czy darzyli dane miejsce pozytywnymi odczuciami, czy, jak w przypadku Prezydentii, wręcz przeciwnie.

Przenikanie się miejsc i ludzi widać też w konstrukcji fabuły. Brutalny napad w Myślęcinku schodzi w pewnym momencie na dalszy plan, ustępując miejsca wewnętrznemu śledztwu Bondysa. Co stanowi w tym kontekście jądro opowieści?

Każdą moją powieść buduje na emocjach, niezależnie od tego czy piszę thriller, czy kryminał. I tak stało się też w przypadku „Mar Miasta”. Osią powieści zostały odczucia komisarza Bondysa, jego przeszłość, koszmary, załamujący się pod stopami grunt. Zbrodnia nigdy nie stanowi dla mnie jako autorki meritum powieści, zawsze stawiam na psychologię bohaterów.

Skoro o psychologii mowa – mury w Pani książkach zdają się mieć niemal ludzkie cechy. Upiornie sugestywne wrażenie.

Mury potrafią opowiedzieć więcej niż ludzie o historii, emocjach, wydarzeniach i ich konsekwencjach, trzeba tylko być uważnym. Dlatego ja lubię w powieściach dawać budynkom głos i przestrzeń do odsłonięcia ich sekretów.

Wróćmy do Bondysa. Wysłanie pracoholika na pierwszy od lat urlop brzmi jak początek czarnej komedii, ale u Pani to początek emocjonalnej pułapki bohatera. Dlaczego nie pozwoliła mu Pani na chwilę wytchnienia?

Ten zabieg pokazał mechanizm komisarza – Marek Bondys przez lata popadł w pewien rodzaj pracoholizmu. Ma problem z odpoczynkiem, nie za bardzo potrafi się relaksować, a już na pewno nie przez dłuższy czas. Ucieczka w pracę jest dla niego wygodna i bezpieczna, bo znana, zatem podczas swojego urlopu również znalazł sobie zajęcie. Można by powiedzieć, że to sprawa znalazła jego, ale to Marek Bondys podjął decyzję, aby się nią zająć.

Ten „urlop” przerywa list od Artura Goletemese, który uderza z potworną siłą. Fascynuje mnie Pani podejście do mechanizmu wypierania wspomnień.

Wypieranie traumatycznych wspomnień to mechanizm obronny, niestety te wspomnienia pozostają w pamięci, w podświadomości i pod wpływem impulsu wybijają ze zdwojonym siłą. Pojawia się zwątpienie w samego siebie, w swój umysł, co potęguje jeszcze bardziej poczucie strachu spychając psychikę na skraj wytrzymałości.

Czytelnicy zauważają, że w Pani prozie często pojawiają się „obyczajowe demony”. Czasami są zresztą groźniejsze, od namacalnego zła pod postacią oprawcy… Ale skąd właściwie bierze się to przekonanie?

Tło społeczne czy wątki obyczajowe, to elementy, bez których nie wyobrażam sobie fabuły powieści, stałaby się wówczas niekompletna. Demony obyczajowe prowadzą do najgroźniejszych czynów, a ich konsekwencje potrafią boleć przez pokolenia. Nietolerancja, zamiatanie problemów pod dywan, hipokryzja, zakłamanie, niedopowiedzenia, tajemnice, bierność na zło i tak dalej, to zjawiska o potwornej skali rażenia, w porównaniu do których pojedyncze zbrodnie zdają się dużo mniej szkodliwe.

Zastanawiam się, jak Pani, jako autorka, czuje się w procesie… swoistej dekonstrukcji Bondysa. Czy „obdzieranie” go z kolejnych warstw pewności siebie i zmuszanie do powrotu do znienawidzonych miejsc dotyka również autorkę?

Nie da się ukryć, że jest to trudny proces, ale niezbędny, aby móc w pełni przedstawić konstrukcję bohatera Czytelnikom. Tylko poprzez pokazanie doświadczeń, również tych najcięższych, mogę przedstawić zupełny obraz postaci. Poprzez ten rodzaj odsłonięcia, Czytelnik będzie w stanie bliżej poznać bohatera i lepiej go zrozumieć.

Czy ten proces kończy się dla Pani wraz z postawieniem ostatniej kropki? Czy bohaterowie dalej żyją w świadomości autorki?

Bywa różnie. Na pewno po zakończeniu danej powieści z cyklu ciężko mi się rozstać z bohaterami i wejść w nowy świat innej historii. Echo opisanych postaci i wydarzeń jeszcze długo we mnie rezonuje i kusi, aby tworzyć dalszy ciąg.

Skoro to echo wciąż brzmi, zapytam o warstwę sensoryczną. Pani opisy miejsc spłyniętych krwią są niezwykle plastyczne. Czy bierze Pani pod uwagę to, jak te bodźce zmieniają się w odbiorze, gdy czytelnik zamienia się w słuchacza korzystającego np. z aplikacji Storytel?

Dla mnie wszystkie zmysły mają znaczenie, uważam, że czytając chłoniemy powieść wzrokiem albo słuchem przy audiobookach, ale wyobraźnia uruchamia przy tekście także pozostałe zmysły. Łatwiej i bardziej namacalnie wyobrazimy sobie daną sytuację, jeśli poznamy ją po zapachu, smaku i dotyku. Sama uwielbiam zarówno czytać kryminały, jak i słuchać właśnie w Storytel audiobooków, dlatego mam porównaniu obydwu form. Istnieją oczywiście inne, ale jednocześnie każda z nich ma zalety. Łatwiej zapoznaje mi się z tekstem czytając, lecz słuchając mogę stać się częścią fabuły spacerując po lesie czy jadąc rowerem, a wówczas wyobraźnia pracuje inaczej i czasem dociera głębiej.

Wspomniała Pani wcześniej, że zbrodnia nie jest dla Pani meritum. Czy zatem w literaturze w ogóle istnieje coś takiego jak „zbrodnia idealna”? Czy to taka, której nie da się rozwikłać, czy raczej taka, która zmusza śledczego do konfrontacji z własnym koszmarem?

Dla mnie zbrodnia nigdy nie jest najważniejsza, to konsekwencja wyborów i drogi, którą przeszedł bohater, więc nie szukam zbrodni idealnej. Najważniejsze cele dotyczące zbrodni, jakie sobie stawiam przed rozpoczęciem każdej nowej powieści, to zrozumienie, dlaczego w ogóle doszło do zbrodni, czy można było jej uniknąć i czy winę ponosi jedynie sprawca. Jeżeli stworzę i przedstawię w odpowiedni sposób mechanizm powstawania zbrodni, wówczas Czytelnik będzie w stanie zrozumieć motywację antagonisty i jego działanie. Jak go oceni, to już indywidualny werdykt.

Na koniec: w jaką stronę zmierza Pani literacki dialog z czytelnikiem? O jakich mrocznych zakamarkach ludzkiej duszy chce Pani jeszcze opowiedzieć głosem komisarza Bondysa?

Ludzka psychika mnie fascynuje, a im więcej czytam i dowiaduję się na temat psychologii oraz psychiatrii, tym bardziej ta wiedza mnie zaskakuje. Dlatego chciałabym pokazać jeszcze wiele odsłon ludzkiego umysłu, zarówno tych najmroczniejszych, jak i przeciwnie – najwspanialszych. Przede wszystkim jednak pragnę pokazać różnorodność ludzkiej psychiki, jej możliwości, zmienność i wpływ czynników zewnętrznych na rozwój psychologiczny człowieka.

Fot. Roman Bożejewicz, Wenecja Bydgoska.

Hanna Szczukowska-Białys – Urodzona w 1986 roku, doktor nauk rolniczych w specjalności zootechnika, absolwentka Wydziału Hodowli i Biologii Zwierząt Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy oraz UE Erasmus w Erciyes University w Kayseri (Turcja).

Zawodowo: od 2015 roku szef projektu w przemyśle ciężkim branży motoryzacyjnej, od 2022 roku lider projektu w korporacji IT.

Laureatka konkursu na opowiadanie kryminalne Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu (2019) i uczestniczka warsztatów z Mariuszem Czubajem (2019), Katarzyną Bondą (2022), Katarzyną Puzyńską (2022), Ryszardem Ćwirlejem (2022), Martą Guzowską (2022), Wojciechem Chmielarzem (2022) oraz absolwentka dwóch kursów „Maszyny Do Pisania” z Robertem Małeckim (2019).

Prywatnie: bydgoszczanka, żona pilanina, miłośniczka powieści kryminalnych (ulubieni autorzy: Jo Nesbo, Bernard Minier, Mike Omer, Anna Kańtoch),fanka zespołu Rammstein i amatorsko malarka/rysowniczka.

spot_img
0FaniLubię
0ObserwującyObserwuj
0ObserwującyObserwuj
- Advertisement -spot_img