„Krew w chmurze i bóstwa z krzemu…” – wywiad z W.P. Rdzankiem, autorem thrillera politycznego „Algorytm”

UDOSTĘPNIJ

W.P. Rdzanek, który przez trzydzieści lat pracował w sercu międzynarodowego biznesu technologicznego, porzucił korporacyjne arkusze, aby napisać thriller, w którym realistyczne motywy łączą się z uniwersalnymi prawdami o naszym życiu. „Algorytm” nie jest bynajmniej kolejną opowieść o zbuntowanych robotach – to raczej analiza ludzkiej naiwności, syndrom zabawy w Boga i próba zrozumienia mechanizmów, które rządzą geopolityką. O tym, dlaczego inwigilacja totalna wchodzi do naszych domów w miękkich kapciach i dlaczego system ZEUS to lustro, w którym nie chcemy się przeglądać, rozmawiamy z autorem, który zrekonstruował absolutnie fascynujący świat na kartach literatury gatunkowej.

W.P. Rdzanek w swojej powieści „Algorytm” (pierwszym tomie trylogii „AI-gent. Mroczne kody”), zaprasza do świata zbrodni, hakerów i cybersłużb… Zainteresowani? Zapraszamy do lektury wywiadu, a także przede wszystkim książki, która ukazała się nakładem Dom Wydawniczy Rebis.

Przez trzy dekady zarządzał Pan ludźmi w sercu międzynarodowego biznesu technologicznego, obserwując z bliska zderzenia wielkiej polityki, gigantycznych pieniędzy i ludzkich ambicji. W jaki sposób to unikalne doświadczenie wpłynęło na Pana decyzję, by właśnie teraz – po latach pracy w korporacyjnych strukturach – przelać swoje obserwacje na język literatury i zadebiutować „Algorytmem”?

W.P. Rdzanek: „Postęp nie jest możliwy bez zmiany, a ci, którzy nie potrafią zmienić swoich poglądów, nie mogą zmienić niczego” – ta myśl George’a Bernarda Shawa doskonale oddaje moment, w którym się znalazłem. Kiedy przez trzydzieści lat z bliska obserwuje się mechanizmy władzy i sposoby podejmowania strategicznych decyzji, w tle których stoją wielkie pieniądze oraz ludzkie ambicje, dostrzega się jedno: w pewnym momencie naturalny rozwój wewnątrz tych struktur przestaje wystarczać. W biznesie przychodzi czasem moment na głęboką restrukturyzację i dokonanie radykalnego cięcia, które burzy stary porządek po to, by zbudować nową jakość.

Zabrałem z minionych lat to, co najcenniejsze: pogłębioną wiedzę o tym, jak funkcjonuje ten świat i jak zachowują się w nim ludzie kierowani ambicją, strachem, ale też autentyczną chęcią stworzenia czegoś wartościowego. Zamiast szukać spokojnego wyjścia z korporacji, postanowiłem przeprowadzić restrukturyzację własnego życia i wykorzystać cały ten nagromadzony kapitał w procesie twórczym. Choć po odejściu z biznesu pojawiły się bardzo lukratywne propozycje powrotu na utarte ścieżki, świadomie z nich zrezygnowałem. Wiedziałem, że nadszedł czas, by o zderzeniu technologii z ludzką naturą opowiedzieć językiem literatury. „Algorytm” i cała trylogia „AI-Gent. Mroczne Kody” to mój pierwszy, bezkompromisowy krok na tej zupełnie nowej drodze.

Pańska droga zawodowa to fascynująca kombinacja precyzji naukowca, strategicznego spojrzenia managera i wrażliwości fotografa wyczulonego na detal. W jaki sposób te trzy, zdawałoby się, odległe od siebie światy spotykają się w Pana procesie twórczym? Co było dla Pana swoistym impulsem do stworzenia „Algorytmu”?

Mówi się, że człowiek jest sumą swoich doświadczeń. Zgadzam się z tym, ale dodałbym jedno: to nasze wybory i nasza podmiotowość nadają tym doświadczeniom sens. Moje trzy światy – nauka, zarządzanie i fotografia – tylko z pozoru są od siebie odległe. Łączy je jedna, kluczowa w pisaniu powieści cecha: wrażliwość na zachodzące procesy. Jako naukowiec analizujesz dane, jako manager wyciągasz wnioski pomagające podjąć decyzję, a jako fotograf dostrzegasz detal, który umyka innym. W każdym z tych wcieleń napędzał mnie wewnętrzny przymus poszukiwania odpowiedzi i nieustanne próbkowanie rzeczywistości.

To właśnie ten nawyk wnikliwej obserwacji sprawił, że pomysł na „Algorytm” zrodził się pod wpływem jednego, ostrego impulsu. Doskonale pamiętam styczeń 2024 roku i przesłuchanie szefów największych platform społecznościowych przed amerykańską komisją senacką. Za plecami dyrektorów zebrał się tłum rodziców, których dzieci padły ofiarą internetowych drapieżników. Pamiętam gorzkie słowa senatora Grahama rzucone prosto w twarz Markowi Zuckerbergowi: „Macie krew na rękach” i bezradny, zakłopotany wyraz twarzy szefa Mety.

W ułamku sekundy, jak w obiektywie aparatu, uchwyciłem istotę problemu. Zobaczyłem brutalne zderzenie bezdusznych mechanizmów z ludzkim dramatem. Dobry thriller musi opierać się na konflikcie interesów i ludziach stojących po różnych stronach barykady. Tamtego dnia w senacie ludzki dramat oraz hipokryzja systemu zostały obnażone w pełnym świetle. To był moment, w którym wiedziałem, że muszę o tym napisać.

W „Algorytmie” w sugestywnych sposób nakreślił Pan wizję systemu ZEUS jako cyfrowego bóstwa, które ma namierzać zło, a staje się źródłem chaosu. W jaki sposób definiuje Pan granicę między technologią, która ma nas chronić, a tą, która nieodwracalnie odbiera nam podmiotowość i wolną wolę?

Chciałbym sprostować pewne założenie: w „Algorytmie” to wcale nie ZEUS jest źródłem chaosu. Chaos wywołują ludzie. To oni, w panicznej obronie własnego porządku i swoich wpływów, zaczynają łamać reguły, gdy system działa nazbyt skutecznie. Zadaniem ZEUSA jest chłodna, głęboka analiza logów, łączenie informacyjnych strzępków w spójną całość i podanie najbardziej prawdopodobnego wyniku. Tak w uproszczeniu działają dzisiejsze modele generatywne, z tą różnicą, że algorytm w powieści miał tylko jeden cel: namierzyć przestępcę. Dlatego został osadzony w sercu NSA, co gwarantowało mu pełny dostęp do ściśle tajnych danych.

Pytają Państwo o granicę, za którą technologia odbiera nam podmiotowość. Błędem jest szukanie jej w samej maszynie. Mamy dziś niebezpieczną, rosnącą tendencję do antropomorfizowania sztucznej inteligencji. Ludzie zaprzyjaźniają się z wirtualnymi bytami, zwierzają im się z najskrytszych tajemnic, a niektórzy chcą wręcz zawierać z nimi formalne związki. Zapominamy, że algorytm nie ma intencji, nie ma moralności. Granica, o którą Państwo pytają, zostaje przekroczona w momencie, w którym zaczynamy przypisywać maszynie ludzkie cechy, i co za tym idzie zrzucamy na nią odpowiedzialność za nasze własne, ludzkie decyzje. Technologia staje się dla nas zagrożeniem nie wtedy, gdy zyskuje świadomość, ale wtedy, gdy my z własnej woli oddajemy jej stery.

Postać Karola Koppela jawi się jako tragiczny demiurg, który traci kontrolę nad własnym dziełem. Jakie mechanizmy psychologiczne kierują według Pana człowiekiem budującym system inwigilacji totalnej w głębokim przekonaniu, że mimo wszystko służy on dobru wspólnemu?

Karol Koppel całkowicie wymyka się schematowi demiurga, którego przerasta własny kod. To jeden z moich ulubionych bohaterów właśnie dlatego, że jego dramat jest znacznie bardziej złożony i realistyczny. Koppel to młody, genialny naukowiec zwerbowany przez NSA. Pracuje pod skrzydłami Helen, wybitnej profesor z Harvardu. Posiada naprawdę doskonałe finansowanie, potężne zasoby i cel, który w jego mniemaniu jest absolutnie szlachetny. Wierzy, że po prostu buduje tarczę dla obywateli.

Mechanizm psychologiczny, który nim kieruje, to klasyczna inżynieryjna pułapka. Dla Koppela stworzenie doskonałego algorytmu staje się wyzwaniem czysto naukowym. Skupia się na perfekcji samego narzędzia, oddzielając matematykę od brutalnej polityki. Naiwnie zakłada, że wzniosłe hasło „dobra wspólnego” załatwia kwestię etyki. Tymczasem jego niezawodny system uderza w ustalony układ sił i zaczyna zagrażać ludziom strzegącym własnych interesów.

Dotykamy tu fundamentalnego problemu: zderzenia czystej nauki z władzą. Mamy do czynienia z dylematem, z którym mierzył się Robert Oppenheimer. Genialny fizyk doskonale rozumiał, jakie możliwości daje jego dzieło, ale ostatecznie to politycy i wojskowi decydowali o użyciu bomby atomowej. Moralność naukowca determinuje to, jak doskonałe narzędzia decyduje się budować, ale to my jako społeczeństwo musimy wyznaczać granice ich użycia. W dobie błyskawicznego rozwoju sztucznej inteligencji to spostrzeżenie jest przerażająco aktualne.

Tak naprawdę nie da się ukryć, że Warszawa w Pana powieści staje się areną bezwzględnej gry wywiadów z KRLD i USA w tle. Na ile polska rzeczywistość służb – ABW czy Komendy Stołecznej – jest Pana zdaniem przygotowana na realne starcie z tak abstrakcyjnym (właśnie – czy ciągle abstrakcyjnym?) zagrożeniem cyfrowym?

Prawda jest taka, że pełnej odpowiedzi na to pytanie nie zna dziś nikt poza bardzo wąskim gronem decydentów w służbach. Z zasady opieram się na researchu w jawnych źródłach, odrzucając tanie teorie spiskowe, bo rzeczywistość jest wystarczająco przerażająca. Jeśli spojrzymy na oficjalny raport CERT za 2024 rok, widzimy około trzystu zgłaszanych incydentów dziennie. Cyfrowe zagrożenie dawno przestało być abstrakcją – polska cyberprzestrzeń to dziś po prostu regularny front współczesnej wojny.

Pytają Państwo o ABW czy Komendę Stołeczną. Problem polega na tym, że w cyfrowym świecie działania obcych wywiadów rzadko wyglądają jak klasyczny atak militarny. Często są maskowane jako uderzenia w infrastrukturę krytyczną, kradzież danych czy wręcz pospolity sabotaż. Ze wspomnianego raportu wynika, że nasze służby wykonują tytaniczną pracę, eliminując znaczną część tych zagrożeń na wczesnym etapie.

Dla mnie jako autora powieści sensacyjnych najciekawsze nie jest jednak to, jak system działa, gdy tarcze wytrzymują. Prawdziwe i najbardziej intrygujące pytanie brzmi: co dokładnie dzieje się w tych krytycznych minutach, gdy hakerzy pierwszoligowych wywiadów w końcu przedrą się przez bariery? W jaki sposób nasze państwo radzi sobie z usuwaniem katastrofalnych szkód, o których nigdy nie usłyszymy w wieczornych wiadomościach? Takie przypadki są doskonałym materiałem na kolejną powieść sensacyjną. Uruchamiają wyobraźnię.

Vincent V. Severski, mistrz powieści szpiegowskich, podkreśla niezwykły realizm Pana prozy. W jaki sposób budował Pan techniczne zaplecze „Mrocznych kodów”, by hakerstwo i cyberprzestępczość przestały być literacką magią, a stały się wiarygodnym elementem współczesnego pola walki?

Krótka recenzja Vincenta V. Severskiego, który na okładkach całej trylogii napisał: „Niebezpiecznie dobre”, to dla mnie ogromny zaszczyt i najlepsze potwierdzenie, że obrałem właściwy kierunek. Severski doskonale wie, że w nowoczesnym thrillerze szpiegowskim najważniejszą walutą jest wiarygodność. Sam od początku wychodzę z założenia, że w świecie najbardziej przeraża nas to, co jest najbardziej prawdopodobne.

Właśnie dlatego narzuciłem własnej wyobraźni bardzo surowe rygory. Nie chciałem pisać o cyberprzestępczości jako o kinowej magii, gdzie haker uderza w klawiaturę i w kilka sekund włamuje się do Pentagonu. Budowanie technicznego zaplecza „Mrocznych kodów” przypominało raczej pracę analityka. Weryfikowałem pomysły w dostępnych źródłach, ale przede wszystkim rozmawiałem z ludźmi z branży. Mam to szczęście, że w moim otoczeniu nie brakuje świetnych programistów i inżynierów. To oni dostawali do czytania kluczowe fragmenty. Prosiłem, by oceniali je bezlitośnie i sugerowali poprawki, tak abym ani na moment nie wypadł z ram realizmu. Skoro finalnie ta wizja zasłużyła na taką opinię doświadczonego oficera wywiadu i pisarza sensacyjnego, to znaczy, że udało mi się dotrzeć bardzo blisko niewygodnej prawdy o współczesnym polu walki.

Wydaje się, że relacje między CIA, ABW a polską policją to w Pana książce swoisty festiwal nieufności. Co Pana zdaniem sprawia, że w obliczu globalnego kryzysu instytucje te wybierają wyniszczającą rywalizację zamiast elementarnej współpracy?

Festiwal nieufności, o którym Państwo mówią, nie wynika z braku odpowiednich procedur. Wynika z tego, że procedury wykonują ludzie. Instytucje, niezależnie od tego czy mówimy o CIA, ABW czy Komendzie Stołecznej, mają zapisane wzniosłe misje i dopracowane statuty. Ale prawda jest bezlitosna: same w sobie są to twory całkowicie bezosobowe.

W obliczu globalnego kryzysu to nie szyldy na budynkach podejmują decyzje, ale ludzie z krwi i kości. A tam, gdzie pojawia się wielka stawka, natychmiast budzą się namiętności, lęki, chore ambicje i żądze władzy. Kiedy sytuacja staje się niewygodna, a ego bierze górę nad rozsądkiem, ci ludzie bardzo chętnie zasłaniają się autorytetem miejsca, w którym służą, nazywając swoją prywatną rywalizację „racją stanu”.

„Algorytm” to w gruncie rzeczy opowieść o tym mechanizmie. To historia o tym, co wewnętrznie motywuje bohaterów i jak te osobiste, często bardzo przyziemne pobudki, niszczą szanse na elementarną współpracę. Systemowe konflikty nie rodzą się w tajnych gabinetach czy aktach prawnych. One zawsze rodzą się w głowach.

Program ZEUS otwiera wszystkie cyfrowe drzwi. Jaką cenę płaci według Pana współczesne społeczeństwo za iluzję bezpieczeństwa, którą sprzedają nam rządy pod płaszczykiem walki z terroryzmem?

Wszystko zależy od tego, jak ową iluzję bezpieczeństwa rozumiemy. Rzeczywistość, o której piszę w „Algorytmie”, przedstawia się dość bezwzględnie. Powieściowy ZEUS, wszechstronna wyszukiwarka oparta na sztucznej inteligencji, jest wytworem mojej wyobraźni, ale przypuszczam, że ma on swoje realne odpowiedniki – systemy jeszcze doskonalsze, bardziej złożone i potrafiące wyłuskać zagrożenie z terabajtów danych.

Ceną, jaką współczesne społeczeństwo płaci za ujawnianie swoich tajemnic, jest powolna, ale systematyczna utrata podmiotowości. To transakcja wiązana: w zamian za obietnicę, że ktoś w porę zneutralizuje przestępcę, zgadzamy się na to, by system traktował każdego z nas jak potencjalnego podejrzanego. Otwieramy te cyfrowe drzwi z własnej woli, oddając nasze dane, prywatne zdjęcia, wypowiadane słowa i historię lokalizacji, bo wygoda i poczucie ochrony są niezwykle kuszące. A przecież w ten sposób udostępniamy krytyczne informacje o sobie niemal każdemu, w tym także pospolitym przestępcom. Nic dziwnego, że zaawansowane algorytmy, takie jak powieściowy ZEUS, czytają w tym wszystkim jak w otwartej księdze.

W „Algorytmie” zależało mi na pokazaniu, że totalna inwigilacja nie wpada do naszych domów z hukiem wyważanych drzwi. Ona wchodzi cicho, za naszą własną, często milczącą zgodą. Rzecz w tym, że kiedy w końcu zdamy sobie sprawę, iż ten sam aparat kontroli może zostać użyty przeciwko nam przez jakichś cynicznych ludzi, jest już po prostu za późno na zmianę zamków.

„Algorytm” otwiera trylogię „AI-gent”. W jakim kierunku zamierza Pan przesuwać ewolucję sztucznej inteligencji w kolejnych tomach, biorąc pod uwagę, że rzeczywistość technologiczna dogania naszą wyobraźnię niemal z każdym miesiącem?

Niewykluczone, że rzeczywistość już dawno wyprzedziła wyobraźnię twórców thrillerów, a w awangardzie pozostało jedynie science fiction. Chociaż czytając dziś dzieła Stanisława Lema, muszę stwierdzić, że ten dystans drastycznie się skrócił. Czymże była „Cyberiada”, jeśli nie błyskotliwą zapowiedzią sztucznej inteligencji? Albo postać profesora Dońdy, który karmił superkomputer gigantycznymi zbiorami danych, by przekształcić informację w masę?

Kiedy patrzymy na dzisiejsze korporacje technologiczne, które trenują swoje modele językowe, pochłaniając miliony książek i niemal całą dostępną wiedzę, widzimy, że wizje Lema realizują się na naszych oczach. Te firmy nie tylko niszczą woluminy, one robią coś znacznie bardziej niepokojącego: bezpowrotnie redukują ludzką kulturę i kreatywność do wierszy kodu i matematycznej statystyki.

W kolejnych tomach trylogii, „Akordzie” i „Artefakcie”, poszedłem właśnie tym tropem. Rzeczywistość technologiczna będzie ewoluować, systemy staną się jeszcze bardziej wszechogarniające, ale w mojej prozie jedno zawsze pozostanie niezmienne: człowiek. Jego emocje, lęki, radość, nienawiść i miłość. Bo na samym końcu, mimo całej tej zaawansowanej, cyfrowej otoczki, moje książki opowiadają właśnie o ludzkich namiętnościach i tęsknotach.

W.P. Rdzanek przez trzydzieści lat pracował w sercu międzynarodowego biznesu technologicznego. Zarządzał setkami ludzi w Europie i z bliska obserwował, jak na najwyższych szczeblach zderzają się ze sobą wielka polityka, potężne pieniądze i ludzkie ambicje. Wcześniejsza praca naukowa dała mu precyzję, a pasja do fotografii wyostrzyła oko do detalu. Najbardziej fascynuje go punkt styku, w którym technologia i sztuka, polityka i ludzka psychika tworzą wybuchową mieszankę. Pierwszy tom trylogii „AI-gent. Mroczne kody” to jego debiut literacki, ale świat, który opisuje, zna od podszewki.

spot_img
0FaniLubię
0ObserwującyObserwuj
0ObserwującyObserwuj
- Advertisement -spot_img