Pomyśl, że Twój umysł powoli gaśnie, a Ty masz tylko jedną szansę, by naprawić błąd sprzed dwóch dekad. Zanim ciemność ostatecznie wygra, musisz odpowiedzieć na pytanie: co stało się z Twoją córką? Tak zaczyna się „Córeczka” – thriller, który prowokuje i fascynuje. Romy Hausmann, autorka, uznawana dziś za jedno z najciekawszych objawień europejskiego kryminału literackiego, zaprasza nas do świata zawodnej pamięci i demonów przeszłości.

W specjalnej rozmowie z naszym portalem Romy Hausmann zdradza, co jest dla niej szczególne ważne w czasie tworzenia, zastanawiając się także, czy współczesna fascynacja zbrodnią w podcastach true-crime nie odarła nas przypadkiem z resztek empatii.
„Córeczka” to książka, która ukazała się nakładem Wydawnictwa W.A.B.
Marcin Waincetel: Właściwie każda wielka historia zaczyna się od pojedynczego obrazu lub pytania. Co było taką podstawą do stworzenia „Córeczki”? Czy była to wizja ojca, który pomimo upływu czasu nie potrafi odciąć się od przeszłości, czy może samo zniknięcie bliskiej osoby, które odcisnęło trwały ślad w pamięci?
Romy Hausmann: Cóż, w 2022 roku pracowałam nad książką non-fiction poświęconą prawdziwym zbrodniom. W ramach dokumentacji rozmawiałam z wieloma osobami – śledczymi, ekspertami, ale przede wszystkim z ofiarami i ich rodzinami. Moją szczególną uwagę przykuła historia młodej Australijki, która zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach, a jej ciało odnaleziono w zsypie na śmieci. Policja początkowo uznała to za samobójstwo, potem za nieszczęśliwy wypadek, mimo szeregu poszlak wskazujących na morderstwo.
Fascynujące, ale i przerażające odkrycie. Jak rozumiem, zaczęłaś dokładniej badać ten temat?
Dokładnie. Wiele godzin spędziłam na rozmowach z matką dziewczyny oraz jej dziadkiem, zresztą emerytowanym policjantem. Miał on wtedy ponad osiemdziesiąt lat i z niezwykłą determinacją, choć niestety bezskutecznie, walczył o wznowienie śledztwa. To spotkanie głęboko mną wstrząsnęło. Zastanawiałam się, jak to jest u schyłku życia mierzyć się z tak potworną niepewnością. Wiedzieć, że odchodzi się z tego świata bez odpowiedzi na najważniejsze pytanie: co stało się z ukochanym dzieckiem? Ten smutek i frustracja zostały we mnie na długo. Choć dziadek, którego poznałam, nie cierpiał na demencję, to sytuacja mojego bohatera, Theo, jest bliźniacza – jego czas drastycznie ucieka z powodu chorobby. Odkrycie prawdy o losie córki, Julie, która zniknęła bez śladu dwadzieścia lat temu, staje się jego ostatnim, rozpaczliwym życzeniem.
Postać Theo Novaka wprowadza motyw walki z czasem i własną pamięcią. Jak trudne było dla Ciebie zbudowanie fabuły wokół bohatera, którego umysł powoli pochłania ciemność?
Przyznam szczerze, że to było największe wyzwanie w czasie mojej dotychczasowej kariery pisarskiej. Miałam świadomość, że prowadzenie narracji z perspektywy osoby z demencją wiąże się z ogromnym ryzykiem. Chciałam podejść do tego tematu z najwyższą wrażliwością i szacunkiem dla chorych oraz ich rodzin, dbając jednocześnie o medyczną i psychologiczną wiarygodność. Praca nad książką zajęła mi ponad dwa lata, z czego rok poświęciłam wyłącznie na badania. Raz w tygodniu odwiedzałam dom opieki, rozmawiałam z pacjentami i obserwowałam ich codzienność. Dopiero gdy poczułam, że zaczynam rozumieć mechanizmy tej choroby od środka, odważyłam się przelać swoje doświadczenie na papier.
Wprowadzenie Liv, podcasterki, nadaje opowieści bardzo współczesny wymiar. Czy w tej opowieści Liv jest głosem nadziei dla nowych tropów, czy raczej symbolem naszej współczesnej, niekiedy bezwzględnej fascynacji tragediami z przeszłości?
Warto zauważyć, że na początku Liv reprezentuje tę ciemniejszą stronę współczesnych mediów. Jest częścią zespołu podcastowego, dla którego liczą się wyłącznie zasięgi i kliknięcia; nie ma w niej empatii ani szacunku dla tragedii osób, o których opowiada. Jednak w miarę rozwoju fabuły, dzięki relacji ze staruszkiem Theo, przechodzi głęboką przemianę. Sprawa Julie staje się dla niej osobista. Liv angażuje się całym sercem, ostatecznie ryzykując własnym bezpieczeństwem, byle tylko pomóc Theo odnaleźć spokój.
W Twoich książkach często pojawia się motyw domowych sekretów. Co Twoim zdaniem sprawia, że te mikrozagadki, ukryte w czterech ścianach i skrywane przed naszymi najbliższymi, budzą czasami większy strach niż zbrodnie, o których czytamy w gazetach?
Statystycznie rzecz biorąc, prawdopodobieństwo, że zginiesz z rąk seryjnego mordercy, jest mniejsze niż szansa na trafienie piorunem. Zbrodnie z pierwszych stron gazet zawsze dzieją się „gdzieś indziej”, tworzą bezpieczny dystans. Ale rodzinę ma każdy z nas. Co jest więc bardziej przerażające: abstrakcyjne zło czy myśl, że osoba, której ufasz najbardziej na świecie, mogłaby Cię skrzywdzić lub zdradzić? Dla mnie to drugie jest esencją lęku. To scenariusz, który uderza w nasze fundamenty bezpieczeństwa, dlatego tak mocno niepokoi czytelnika.
Twoje zawodowe CV obejmuje produkcję filmową i pracę redakcyjną. Jak to doświadczenie wpływa na rytm Twoich powieści? Czy pisząc „Córeczkę”, „edytowałaś” sceny w myślach, aby uniknąć zbędnych ozdobników i utrzymać tempo właściwie dla thrillera psychologicznego?
Przyznam szczerze, że tak, owszem, choć ten proces zachodzi u mnie niemal podświadomie. Konstruuję opowieść opierając się na dwóch filarach: obrazie i emocji. Bardzo ufam inteligencji i wyobraźni moich czytelników. Nie czuję potrzeby opisywania każdego detalu ubioru czy sposobu trzymania kubka z kawą. Wolę, by czytelnik poczuł energię postaci. Chcę, aby to, co czują moi bohaterowie, stało się bezpośrednim doświadczeniem odbiorcy.
Już teraz jesteś uznawana za autorkę, która przełamuje konwencje gatunkowe. Czy pisząc tę książkę, świadomie próbowałaś zboczyć z utartych ścieżek thrillera o zaginionym dziecku? Bo warsztatowo, Twoja „Córeczka”, wywołuje naprawdę niesamowite wrażenie,
Nie jest to w pełni świadoma kalkulacja, raczej kwestia mojego temperamentu. Jestem osobą, która bardzo łatwo się nudzi, dlatego ciągle szukam nowych środków wyrazu. Gdybym pisała dokładnie tak, jak wszyscy inni, moja praca straciłaby sens. Czułabym, że marnuję czas – zarówno swój, jak i czytelników. Staram się też utożsamiać z moimi bohaterami na bardzo głębokim poziomie. Nie spoczywam, dopóki nie staną się w moich oczach pełnokrwistymi ludźmi. A prawdziwi ludzie wiedzą, że milczenie i słowa, które nigdy nie padły, potrafią ranić dotkliwiej niż przemoc fizyczna. Nie szukam taniego efektu szoku poprzez brutalne opisy; wolę badać psychologiczne skutki traumy.
I jest to coś, co można doskonale zauważyć na kartach „Córeczki”. W powieści kwestionujesz również granice tego, co człowiek jest w stanie znieść. Gdzie, Twoim zdaniem, kończy się poszukiwanie sprawiedliwości, a zaczyna destrukcyjna obsesja w umysłach pokrzywdzonych osób?
Obsesja rodzi się tam, gdzie brakuje odpowiedzi. Nasz umysł potrafi przystosować się do największego bólu, ale nie radzi sobie z zawieszeniem w próżni. Gdy mija czas, świat idzie do przodu, śledczy odkładają akta na półkę, a Ty wciąż nie wiesz, co się wydarzyło – zostajesz zamrożona w czasie. Wtedy naturalną reakcją jest desperackie poszukiwanie jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Krótko mówiąc: tam, gdzie zostaje pustka po odpowiedziach, zawsze pojawia się ryzyko obsesji.
Twoja pozycja na europejskiej mapie kryminału literackiego jest już ugruntowana. Czy w kontekście tak wysokich oczekiwań, praca nad historią Julie Novak wymagała od Ciebie dotarcia do miejsc szczególnie osobistych? Co w tej konkretnej fabule było największym wyzwaniem po sukcesach, które masz już za sobą?
Zdecydowanie była to perspektywa Theo. Muszę jednak podkreślić, że pisząc, nigdy nie analizuję swojego sukcesu. Każda moja książka wypływa prosto z serca i porusza tematy, które są dla mnie ważne osobiście. Mam nadzieję, że czytelnicy to wyczuwają – dla mnie to nie jest po prostu „praca”, ale wyraz moich przekonań. Czuję ogromną wdzięczność, gdy dostaję wiadomości od osób, które piszą: „Dokładnie wiem, co czuje ta postać” albo „Dzięki tej książce poczułam się zrozumiana”. To jest prawdziwe paliwo dla mojej twórczości. Dlatego tu jestem.



