Kino od zawsze kochało buntowników, ale zazwyczaj przypisywało ich do konkretnej metryki – młodości, gniewu i brawury. Tymczasem najciekawsze historie piszą często ci, których system próbował już dawno spisać na straty. „W starym, dobrym stylu” to propozycja, która wyłamuje się ze schematu łzawych dramatów o przemijaniu, serwując nam opowieść o godności odzyskiwanej w najbardziej spektakularny z możliwych sposobów… Zasłużona emerytura? Nie w tym życiu. Pora napaść na bank!

Zach Braff – reżyser znany z umiejętności oddawania melancholijnej aury codzienności – tym razem postanowił pójść pod prąd. Wziął na warsztat historię trzech kumpli, którzy zamiast spokojnie doglądać ogródka, postanawiają rzucić wyzwanie światu, który o nich zapomniał. Efekt? Zaskakująco autentyczne heist movie naprawdę wysokiej próby.
Heist movie, czyli sztuka planowania niemożliwego
Dla przypomnienia – heist movie to jeden z najbardziej satysfakcjonujących podgatunków kina kryminalnego. Jego sercem jest misterny plan, zbieranie ekipy specjalistów (nawet jeśli ich jedyną specjalnością jest przetrwanie dekad w przyjaźni) oraz samo wykonanie, gdzie precyzja spotyka się z czystym przypadkiem. Jednak u Braffa ten gatunkowy gorset staje się narzędziem do opowiedzenia o czymś znacznie ważniejszym niż pieniądze. To „skok na życie”, w którym stawką jest sprawiedliwość, a narzędziami – lata doświadczeń i wzajemnego zaufania. Mechanika napadu służy tu za silnik dla genialnej komedii charakterów.

Aktorska Liga Mistrzów – brawura bez taryfy ulgowej
Nie da się ukryć, że siłą napędową tego filmu jest casting, który w świecie kina uchodzi za układ idealny. Morgan Freeman, Michael Caine i Alan Arkin to nazwiska, które niosą ze sobą dekady filmowej historii, a na ekranie grają po prostu brawurowo.
Co ważne, nie ma tu mowy o odcinaniu kuponów od sławy. Między tymi trzema wyjadaczami iskrzy chemia, której nie da się wyreżyserować – to autentyczna frajda z bycia razem i wspólnego wywracania wizerunku starszego pana do góry nogami. Grają facetów, którym nieuczciwe fundusze odebrały poczucie bezpieczeństwa, ale zamiast lamentu, wybierają konkretne działanie doprawione solidną dawką ironicznego humoru. Obserwowanie, jak te legendy planują logistykę napadu, to czysta kinofilska rozkosz.
Przyjaźń ważniejsza niż plan napadu
Mimo że osią fabuły jest przygotowanie do skoku, Braff najwięcej uwagi poświęca relacjom. „W starym, dobrym stylu” to przede wszystkim opowieść o lojalności. Sceny, w których bohaterowie próbują odnaleźć się w realiach dzisiejszego świata, uczą się planowania akcji czy po prostu siedzą przy wspólnym obiedzie, mają w sobie niesamowitą lekkość. Nie ma tu silenia się na wielkie filozoficzne tezy – jest za to prosta prawda o tym, że z odpowiednimi ludźmi u boku nawet największa beznadzieja staje się znośna.

Kino, które po prostu dobrze się ogląda
Braff sprawnie miesza elementy komedii kryminalnej z momentami, które zmuszają do refleksji nad tym, jak traktujemy ludzi w jesieni życia. To kino rozrywkowe w swoim najlepszym, najbardziej szlachetnym wydaniu. Jest tu miejsce na śmiech (świetne sceny treningu ucieczki!), ale też na chwilę autentycznego wzruszenia.
Czy to film przełomowy? Pewnie nie. Ale w natłoku produkcji, które chcą być albo zbyt mądre, albo zbyt głośne, propozycja Braffa jest jak spotkanie ze starym znajomym. To porządnie opowiedziana historia z bohaterami, których nie da się nie lubić. Czasem w kinie nie potrzeba niczego więcej niż dobrego scenariusza i aktorów, którzy wiedzą, jak jednym spojrzeniem opowiedzieć całe życie.



