„Legenda była punktem kulminacyjnym mojej książki…” – wywiad z Leszkiem Hermanem, autorem książki „Ideburga. Igranie z ogniem”

UDOSTĘPNIJ

Leszek Herman, autor znany z mistrzowskiego łączenia historycznej precyzji w odzwierciedlaniu dawno zapomnianych światów z intrygującymi zagadkami, właśnie wydał swoją dziesiątą powieść, „Ideburga. Igranie z ogniem”. To wyjątkowy moment w jego twórczości, stanowiący zarówno podsumowanie dotychczasowych dokonań, jak i otwarcie na nowe literackie horyzonty. W specjalnej rozmowie uznany twórca opowiada nam o sposobie ukazywania historycznych realiów, inspiracjach prozą Agathy Christie, szukaniu prawdy w literaturze, a także kryminalnych zagadkach Szczecina XIX wieku.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Muza SA.

O swoistym jubileuszu i zmianie konwencji

Redakcja: „Ideburga. Igranie z ogniem” to Pana dziesiąta powieść, co czyni ją swoistym jubileuszem. Czy to okrągła liczba w jakiś sposób wpłynęła na proces pisania, a może na wybór tematyki lub formy, która – co warto zaznaczyć – w „Ideburdze” jest bardziej powieścią historyczno-obyczajową, aniżeli typowym sensacyjnym kryminałem?

Leszek Herman: „Ideburga” ma niewiele wspólnego z tym moim jubileuszem dziesięciolecia zajmowania się pisaniem. Nie było żadnego postanowienia typu „Dziesięć lat to trzeba to jakoś uczcić i podkreślić czymś zupełnie nowym!”. Nawet nie pamiętam, czy zaczynając pisać swoją najnowszą powieść w ogóle pamiętałem o tym, że mija właśnie… dziesięć lat.

Pomysł na opowieść dziejącą się w XIX wieku, właśnie w Szczecinie, miałem już dawno w swojej głowie. Chodził za mną i co jakiś czas o sobie przypominał… Tyle tylko, że cały czas były inne tematy, które wysforowywały się na prowadzenie. To doświadczenia ze współpracy z aktywistami miejskimi, dzięki którym powstał „paszkwil miejski”, to „Galeon”, a więc stara, niezwykła historia z książki pomorskiego pastora Wilhelma Meinholda – „Bursztynowa czarownica”, którą od dawna chciałem opowiedzieć po swojemu. I tak w końcu przyszedł rok 2025, w którym wymyśliłem, że napiszę dwie książki.

To tak naprawdę stało za tym pomysłem, a nie jubileusz. Postanowienie napisania dwóch, nieco innych od poprzednich książek. Jedna właśnie się ukazała, druga wyjdzie w październiku.

Szczecin i XIX Wiek: scenografia pełna kontrastów

Akcja „Ideburgi” osadzona jest w barwnym XIX-wiecznym Szczecinie i okolicznych nadmorskich wioskach. Jak Pan przygotowywał się do oddania realiów tej epoki? Co szczególnie Pana fascynowało w tym okresie historycznym, zwłaszcza w kontekście tak wyraźnego zderzenia światów – od arystokratycznych salonów, aż po surowe portowe dzielnice?

Realia epoki były mi oczywiście doskonale znane w kontekście architektury i sztuki. Było nie było, jestem architektem zajmującym się głównie konserwacją zabytków. Szczecin z tego okresu wielokrotnie pojawiał się u mnie w innej kategorii pisania, czyli w opisach technicznym do projektów (sic!). To żart i nie żart, ponieważ każdy projekt dotyczący jakiegoś starego budynku, czy to kamienicy czy jednego z tych miejskich pałaców, opisanych w „Ideburdze” zaczyna się od researchu historycznego. Od sięgnięcia do akt policji budowlanej, które w Szczecinie – cudem – na szczęście się zachowały. A we wspomnianych aktach, oprócz cudownych starych rysunków na kalkach, są także dokładne opisy budowy oraz całego kontekstu. I oto przewijają się przed oczami całe historie życia właścicieli, pomiędzy wierszami na temat sprzedaży, kłopotów z urzędami, bankami czy strażakami, bankructw i pogrzebów, można dostrzec radości, dramaty i tragedie byłych mieszkańców tych wszystkich budynków. Cały ten XIX wiek nagle ożywa w pismach do urzędów, podaniach, uzasadnieniach próśb o prolongaty terminów czy spłat pożyczek. Zawsze, grzebiąc w tych fascynujących materiałach miałem wrażenie, że tkwią tam gotowe pomysły na książki, sztuki czy nawet opery.

XIX wiek to był w Szczecinie okres bardzo zresztą ciekawy. Generalnie był interesujący wszędzie, ale w Szczecinie wybitnie z pewnego powodu. Otóż po dziesięcioleciach zamknięcia miasta w żelaznej obręczy pruskich, żołdackich przepisów, wynikających z tego, że miasto miało status fortecy, w końcu Berlin się poddał i zgodził się usunąć tę przeszkodę. Nagle miasto ożyło, pojawili się tutaj kupcy, zaczęły rosnąć fortuny, dawna wiodąca prym arystokracja usuwała się w cień, robiąc miejsce bogacącej się burżuazji. Pojawiły się huty, stocznie, zakłady produkujące rowery i maszyny do szycia, które za chwilę miały się przebranżowić na pierwsze samochody. W tle powstawały nowobogackie pałace, nowe dzielnice mieszkaniowe. No i do tego wszystkiego należy dodać kontekst społeczny – to wrzenie nowych idei, odkryć, nowe prądy w sztuce, walka o równouprawnienie kobiet i społecznych klas…

Inspiracje i literackie dialogi

W recenzjach „Ideburgi” pojawiają się porównania do rozmachu historycznego znanego z serialu „Pozłacany wiek” oraz do subtelnych intryg Agathy Christie. Czy te skojarzenia są dla Pana trafne? Jakie inspiracje literackie lub historyczne stały za powstaniem tej konkretnej opowieści?

Każda opowieść oczywiście czymś zawsze jest inspirowana. To, wydaje mi się, nieuniknione. Mnie – jako inżyniera z dużą wyobraźnią przestrzenną – inspiruje obraz, film, mniej literatura, jeśli mam być szczery. Konstruując plan tej powieści miałem przed oczami te wszystkie fantastyczne filmy angielskie, w których nagle ożywa XIX-wieczny Londyn. Całe dzielnice ukazują nam swój ówczesny wygląd, superluksusowe Doki Świętej Katarzyny zmieniają się w to czym niegdyś były – portowymi, podejrzanymi zaułkami. I jako, że Szczecin w tym okresie wyglądał podobnie, marzyłem o tym, żeby go w ten sposób odmalować. Jeśli chodzi o inspiracje relacjami pomiędzy ludźmi, kontekstem społecznym bliższy był mi jednak angielski serial „Downton Abbey”, niż amerykański „Pozłacany wiek”. Także dlatego, że realia społeczne ówczesnego Pomorza były bliższe tym w Anglii, aniżeli w Nowym Jorku. Jedna z bohaterek jest zresztą inspirowana słynną hrabiną Violet Crawley, co nie umknęło moim czytelnikom.

Inną inspiracją była także seria książek o przygodach Enoli, młodszej siostry Sherlocka Holmes’a autorstwa Nancy Springer. To żadna tajemnica także, że do konstrukcji scen kryminalnych posiłkowałem się silnikiem kryminałów Agathy Christie. O to wszak aż się prosiło.

Tajemnice i ludzkie dramaty: rola kryminału w opowieści obyczajowe

„Ideburga. Igranie z ogniem” nie jest typowym kryminałem, choć intrygi oczywiście się w niej pojawiają. Co sprawiło, że tym razem postanowił Pan przesunąć ciężar z czystej zagadki kryminalnej na bardziej obyczajowy i historyczny aspekt? Jakie znaczenie dla Pana miała ta zmiana proporcji w budowaniu narracji?

Przyznam szczerze, że nigdy nie byłem wierny jakimś typowym schematom kryminałów. Właściwie tych kryminalnych wątków u mnie zawsze było niewiele. Dlatego też na własne potrzeby wymyśliłem nazwę na swoją pisaninę – że są to historie awanturniczo-przygodowe.

Właściwie, paradoksalnie to właśnie w „Ideburdze” pojawił się po raz pierwszy taki czysty wątek kryminalny. Tyle tylko, że pozostając wierny klimatom epoki, odmalowałem ten wątek w takich barwach Sherlocka Holmesa czy Agathy Christie. Christie dość często sięgała po taką znaną zagadkę typu „zamknięty pokój” i postanowiłem zrobić to samo.

Aspekt obyczajowy był istotny dla mnie z dwóch powodów. Po pierwsze, ta książka to w moim zamyśle, pierwsza część nowej serii. Chciałem zatem przedstawić bohaterów, ukazać realia ich codzienności, ich problemy. A po drugie, wynika to z moich osobistych preferencji. Lubię, gdy w książkach, nawet sensacyjnych czy kryminalnych, aspekt obyczajowy także jest ukazany. Nie w jakiś przesadny sposób, ale pozwalający zanurzyć się w świecie przedstawionym.

Portrety postaci i kobieta w XIX wieku

Tytułowa Ideburga to fascynująca postać, która z pewnością zapadnie czytelnikom w pamięci. Jak tworzył Pan tę bohaterkę? Czy jej historia jest w pewien sposób komentarzem do sytuacji kobiet w XIX wieku i ich możliwości w tamtych realiach?

Najpierw w tej historii pojawiła się legendarna już opowieść o pożarze w Dreżewie i filmowej miłości dwóch kobiet do syna właścicieli majątku. Ta historia jest znana na Pomorzu, ba, gości we wszystkich przewodnikach po tamtych rejonach.

Od początku chciałem, żeby ta legenda była punktem kulminacyjnym mojej książki. Potrzebowałem tylko bohaterów, którzy tam się znajdą i pozwolą mi opowiedzieć ją po swojemu. A jako że większość XIX wiecznych historii, czy tych poważniejszych czy lżejszych, opiera się o kontekst społeczny związany z rolami kobiet i mężczyzn, o walkę z tak zwanym patriarchatem i wątki emancypacji wiedziałem, że od tego tematu nie ucieknę. Wymyśliłem zatem rodzeństwo, Idę i Heiniego, dwie osoby stojące niestety po dwóch stronach barykady walki o równouprawnienie.

Siedemnastoletnie dziewczyna z tej sfery zmuszona była myśleć wówczas głównie o małżeństwie – jako remedium na wszystko. Ida jest inna niż większość dziewczyn z jej czasów i sfery także z powodu swoich zainteresowań – nowinkami technicznymi, przemysłem, a wszystko to zawdzięcza bratu. Z bratem także jednak musi prowadzić ciągłe utarczki z racji tego, że brat – z braku nieobecnego na miejscu ojca – jest jej opiekunem. Temat poważny, w zasadzie mógłby wyjść z tego nawet dramat.

Wydawało mi się jednak, że najlepszym sposobem na rozegranie tych wątków będzie podejście humorystyczne, stąd też ciągłe złośliwości Idy i jej służącej Almy na temat małżeństwa z kupcem z sąsiedztwa. Także pierwsza, kluczowa scena określa Idę jako taką ówczesną bojowniczkę o prawa zwierząt, środowisko, co wówczas nie było szczególnie popularne, a tego typu poglądy dopiero się rodziły. Stąd też utarczki słowne Idy z bratem.

Uważam poza tym, że kobiety – jako bohaterki XIX wieczne są o wiele ciekawszymi postaciami książkowymi niż mężczyźni. Właśnie z racji o tą walkę o swoje prawa. Mężczyznom wprawdzie wówczas także były przypisane określone role społeczne, których musieli się podejmować, ale mieli jednak więcej otwartych drzwi przed sobą.

Twórcze eksperymenty i poszukiwanie wartości

„Ideburga” to powieść, która olśniewa formą, angażując treścią. Co stanowiło dla Pana największy rodzaj satysfakcji w czasie pracy nad książki? A co było największym wyzwaniem? A może jedno i drugie splatało się ze sobą w całości?

Wybrana konwencja pozwoliła mi odpocząć od tej mojej wymyślonej konwencji awanturniczo – przygodowej. Także od bohaterów, którzy przewijali się w moich poprzednich książkach. Chociaż wolę myśleć, że to ja dałem im odpocząć od siebie.

Przyjemnością – myślę, że nie zaskoczę tutaj nikogo – było dla mnie odtwarzanie realiów XIX-wiecznego Szczecina. Potrzebne było do tego ciągłe sprawdzania dziejów poszczególnych dzielnic, budynków. Nie chciałem popełnić błędu i sportretować na przykład jakieś miejsce, którego jeszcze wówczas nie było. A nie jest to akurat najłatwiejsze, ponieważ dokładnych dat budowy wielu obiektów czy zmian, które następowały na miejskich placach i ulicach nie znamy dokładnie. Często są one przybliżone i pomocy trzeba było szukać na starych fotografiach.

Ten research był dla mnie ważny także z tego powodu, że w Szczecinie, jak w każdym zresztą mieście, funkcjonują całe grupy zapalonych entuzjastów odkrywania historii oraz tajemnic miasta, które śledzą każdy milimetr jakiejś starej pocztówki i dyskutują o tym na miejskich forach. Każdy zatem błąd zostałby mi momentalnie wytknięty.

Wyzwaniem było natomiast postawienie się na miejscu siedemnastoletniej panienki z wyższych sfer. Wszystko to czym żyły takie dziewczyny w owym czasie było dla mnie kompletną tajemnicą. Poza tym relacje ze służbą, które trzeba było opisać w miarę wiarygodnie. Te wszystkie społeczne zderzenia światów salonu i kuchni.

To było dość trudne zadanie, ale muszę przyznać, że bardzo dobrze się przy tym bawiłem.

spot_img
0FaniLubię
0ObserwującyObserwuj
0ObserwującyObserwuj
- Advertisement -spot_img